poniedziałek, 29 listopada 2021

Intensywny tydzień

 


Hej.

Poprzedni tydzień był... intensywny w chuj.

Wtorek: Urodziny! I stuknęło mi magiczne 24. Mając 14 lat byłam pewna, że w tym wieku będę miała męża, dom i pierwsze dziecko, a może i drugie w drodze, stałą pracę marzeń i psa. Aktualnie mieszkam na wynajmowanym mieszkaniu, nie ukończyłam jeszcze żadnych studiów, nie mam nawet chłopaka (ani dziewczyny), pracę mam, ale na zleceniówce, a Oriflame to póki co zajawka (chociaż mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła powiedzieć, że to faktycznie praca), a zamiast psa mam kota. No trochę mi nie wyszło xD No i deklaruję się jako BZW - bezdzietna z wyboru. I zajebiście mi z tym dobrze, że wyobrażenie o dzieciach się nie spełniło (i oby nigdy się nie ziściło!). Ale dość bełkotu. Dzień spędziłam bardzo dobrze. Zajęcia, potem pojechałyśmy z przyjaciółką na obiad i do Lokaah, gdzie w ramach prezentu J. kupiła mi białą szałwię, palo santo i pierścionek, który wpadł mi w oko. Później pojechałyśmy na piercing (obie robiłyśmy Helixy), a potem do mnie, gdzie oglądałyśmy serial i piłyśmy piwko. 

Środa: Zajęcia, a po nich przyjechali do mnie rodzice z okazji urodzin. Zaprosiłam ich na obiad do wegańskiej knajpy (zagorzali mięsożercy i mówili, że nawet im smakowało), a potem pognaliśmy na wystawę Body Worlds. Zaraz po wystawie musieli się zbierać, a ja pojechałam na zajęcia teatralne i po nich wzięłam udział w castingu do nowego spektaklu (niestety się nie udało). 

Czwartek: Zajęcia, potem obiad na mieście z J. i po powrocie do mieszkania oglądałyśmy serial, a jak pojechała to byłam jakoś klapnięta, więc poszłam po prostu spać.

Piątek: Z rana zajęcia, a potem szybko do pracy.

Sobota: Też praca.

Niedziela: Miała być wolna, ale jeden kelner miał egzamin na studiach, a ja że mam miękkie serduszko to zgodziłam się go zastąpić do 15 (miałam potem wrócić do domu, bo do północy miałam oddać 2 prezentacje na studia, których wcześniej nawet nie zaczęłam). Jednak okazało się, że jego egzamin się przeciąga, bo lecieli alfabetycznie, więc wypadł na koniec. Napisał mi, że o 16:10 ma przyjść jakaś inna dziewczyna, więc postanowiłam zostać, ale w międzyczasie okazało się, że na innym lokalu nie przyszła jedna dziewczyna i zostały tam 2 nowe kelnerki (które pracują mniej niż miesiąc, w tym z jedną się super skumałam, a druga to moja koleżanka ze studiów) i była turbo tabaka (nie wiem, czy wiecie, ale tak w gastro się określa zapierdol). Oczywiście dziewczyny próbowały jakoś to ogarnąć i tak jak obsługa sali nie jest jakaś skomplikowana to ogarnięcie dostaw już trochę tak i zawsze robi to najbardziej ogarnięta osoba, więc laski trochę panikowały. Stwierdziłam, że ich tak nie zostawię, więc z jednego lokalu jechałam od razu na następny ratować sytuację. Jak tylko weszłam to ta, która była na dostawach od rana poszła na zaplecze i rozpłakała się z nerwów. I tym sposobem wyszłam z pracy o 19, jak już kelner po egzaminie dojechał do nowych dziewczyn. Na szczęście J. i jej chłopak pomogli i zrobili mi jedną prezentację, a ja jak tylko przyjechałam to na szybko zrobiłam drugą i wyrobiłam się przed deadlinem. 

Mogłoby się wydawać, że nie robiłam aż tak dużo w trakcie tygodnia, ale do tego dochodzi praca w Oriflame, na którą poświęcam każdą wolną chwilę. Więc np. w niedzielę jak wyszłam z pracy to szłam jeszcze do Żabki, gdzie dałam paniom katalogi i zebrałam od nich zamówienia, a w sobotę i niedzielę przed pracą miałam jeszcze spotkania biznesowe online. Widzę powoli pierwsze efekty tej pracy i jestem z siebie zadowolona, ale wiem, że nie mogę osiąść na laurach, tylko muszę dalej ostro cisnąć :)

Dziś od rana wykłady online do 17:30, w czasie których też pracowałam (pisałam do moich Klubowiczek z Ori, pomagałam im z zamówieniami i przypominałam o terminach), potem krótka drzemka, znów praca i tym sposobem przeleciałam przez ten dzień. Wieczorem jeszcze zadzwonił do mnie menadżer z gastro, którego nie było cały weekend i chciał mi podziękować za ratowanie sytuacji wczoraj. Także miło.

Jedzeniowo tak sobie. Zdarzył mi się napad w trakcie dnia, ale jestem z siebie dumna, bo nie wpieprzałam potem do wieczora jak zwykle, tylko się ogarnęłam.

ś: owsianka instant 

IIś: -

o: chipsy, czekolada (to ten napad niestety)

k: makaron z sosem z pomidorów z puszki, papryki i soczewicy czerwonej, duża herbata

Treningu dziś brak, ale poprawię się. Zrobię sobie listę rzeczy do zrobienia na jutro i uciekam spać. 

A jeszcze małe wtrącenie - zrzuciłam dziś swoje pierwsze zaklęcie :D


To tyle. Jak u Was?

Tenshi Kaosu


poniedziałek, 22 listopada 2021

Nowa motywacja dzięki Wam ♥

 


Hej!

Przeczytałam dziś kilka Waszych blogów, żeby nadrobić czytelnicze zaległości i wstąpiła we mnie nowa energia! Najbardziej zmotywował mnie blog Panny A. (kobieto, czy mogę Cię wynająć na prywatnego motywatora?) :D

Poza tym dużego kopa dało mi też szkolenie z Oriflame, na którym byłam w weekend. Nie dość, że była super atmosfera i wartościowe bloki szkoleniowe, to złapałam jeszcze większego bakcyla niż wcześniej. 

Dzięki temu wszystkiemu od rana starałam się być produktywna. No dobra, może przesadziłam z tym "od rana", bo obudziałam się przed 8, nastawiłam nagrywanie wykładu i poszłam spać dalej xD I tym sposobem przespałam jeden z wykładów... Ale kolejne już nagrywałam, odpowiadałam czasem na pytania profesora, a w międzyczasie zabrałam się do pracy z Ori - pisałam do ludzi, wysyłałam e-katalogi, umawiałam spotkania i odpowiadałam na pytania. Postawiłam sobie za cel, żeby do końca tego roku zrobić pierwszy awans. A poza tym w aktualnym katalogu można zdobyć ekspres do kawy Dolce Gusto za niecałe 20 zł *___*  Dlatego każdą wolną chwilę dziś wykorzystywałam na "biznesy".

Wieczorem poprawiłam jeszcze dawki żywieniowe dla drobiu i wysłałam je na platformę. 

Czas chyba wrócić do pisania bilansów. Póki co nie będę liczyć kalorii, a tylko wypisywać, co zjadłam danego dnia. 

 

ś: 4x kromka chleba tostowego pełnoziarnistego, 2x łyżeczka serka śmietankowego, 2x plaster wege wędliny, 4x plaster ogórka zielonego, trochę ketchupu, kawa z mlekiem i łyżeczką erytrytolu 

IIś: - 

o: Strogonow jak z kurczakiem (z Plant Huntera), kawa z mlekiem i łyżeczką erytrytolu, baton proteinowy

k: pepsi max 0,5l

 

Trening: Mel B - rozgrzewka, 10 minut na ramiona

 

Ćwiczeń nie było dużo, ale patrząc na to, że od dawka nic nie ćwiczyłam, to cieszę się, że chociaż na tyle udało mi się zmotywować. 

Jest 3:06, więc chyba powinnam iść spać, skoro chcę wstać o 7 xD Ale tak się wciągnęłam w Wasze blogi, że nie mogłam iść spać wcześniej. No i przynajmniej mogę się pochwalić, że dziś stuka mi 24 na liczniku :') 

Także happy birthday Tenshi i idź spać xD

Dobranoc i dobrego dnia ;*


piątek, 19 listopada 2021

Żyję, ale jakim kosztem...

 


Hej.

Żyję i chyba nadszedł ten czas, żeby się odezwać. 

Co się zmieniło od ostatniego posta?

Zaczęłam 3 rok studiów. Wróciłam do pracy w tajskiej knajpie (tam, gdzie wcześniej, ale teraz jest nowy menadżer, który jest spoko ziomeczkiem). Wstąpiłam do studenckiego teatru. Psychiatra zwiększył mi dawkę leków. Znów wróciły złe schematy jedzeniowe i napady = przytyłam. Na terapii uświadomiłam sobie, że mam daddy issues. Zainteresowałam się czarostwem. Przefarbowałam włosy na split dye, o którym długo marzyłam. 

I to z grubsza tyle. Trochę pozytywów, trochę negatywów. 

Dziś jadę do domu rodzinnego, ale tylko na chwilę. W zasadzie po to, żeby w sobotę mama mnie zawiozła na weekendowe szkolenie z Oriflame'u (nie wiem, czy wspominałam o tym wcześniej, ale działam w Ori od maja, teraz jakoś bardziej się wkręciłam i  zaczynam być doceniana przez panią dyrektor, np. ofertą współprowadzenia jakiegoś szkolenia). Długo czekałam na to szkolenie i staram się być na maxa dobrze nastawiona. Co w obecnym stanie psychicznym nie jest takie łatwe. 

We wtorek mam urodziny i z tej okazji zapisałyśmy się z przyjaciółką ze studiów na Helixy. Szaleję ostatnio ze zmianami w wyglądzie (szkoda tylko, że moja głowa z chudnięciem nie chce tak poszaleć). 


Muszę częściej tu pisać. I częściej do Was zaglądać. Może dlatego w liceum mi tak dobrze szło odchudzanie? Wtedy codziennie pisałam albo czytałam blogi. Spróbuję...

Lecę zaraz na pociąg, więc w czasie podróży pozaglądam do Was. Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności szło Wam w życiu i diecie dużo lepiej niż mnie.


Stay strong (somehow)!

Tenshi Kaosu


środa, 22 września 2021

Za dużo myśli (tl;dr)

 


Hej.

Wróciłam z rozjazdów i postanowiłam się odezwać. A podczas mojej nieobecności na blogu w mojej głowie zebrało się mnóstwo myśli, emocji, sytuacji, które chciałabym opisać i stwierdziłam, że chyba to zrobię. W końcu od tego mam bloga. Więc najpierw krótki update'owy wstęp, a potem będzie słowotok. 

Wyrok dla oczu zapadł - mocniejsze szkła (dziś byłam u optyka i już mam wymienione), krople do lewego oka, zasłanianie lewego i ćwiczenia relaksujące. Mam ograniczać czytanie i korzystanie z laptopa. Byłam na dniach otwartych tej szkoły tańca i było zajebiście - przypomniałam sobie, jak bardzo lubię tańczyć i się ruszać. Obóz konny też był ekstra - przypomniało mi się, jak bardzo lubię konie i jazdę :) Nie zważyłam się przed obozem, ani po, ale dziś rano już tak i waga pokazała 88,7 kg (JUHU! 8 z przodu!). Przez cały ten czas dietowo jakoś idzie, pojawiły się małe grzeszki, ale nie było ani jednego pełnoprawnego napadu, z czego jestem bardzo dumna. Znów byłam u cioci, a w międzyczasie jeszcze spotkałam się z ekipą z pierwszych studiów i (o ironio!) z byłym oraz jego aktualną narzeczoną (bagatela, moją koleżanką). Jeszcze trochę i będę w stanie normalnie z nimi gadać :')

To chyba tyle, a teraz się rozpruję i popłynie ze mnie słowotok. Nie sądzę, żeby to było coś istotnego dla Was, więc jeśli nie chcecie czytać, to odpuśćcie, bo czuję, że będzie to długi wpis. 


Nie jestem pewna, czy leki od psychiatry właściwie działają. Z jednej strony mam wrażenie, że moje stany emocjonalne są stabilniejsze, nie mam tej huśtawki nastrojów. Ale z drugiej mam okropnie dużo myśli. Jest ich za dużo na moją głowę. A to zazwyczaj był jeden z objawów manii. O czym myślę? Kurwa, o wszystkim! Bardzo dużo rozważam na temat mojej przyszłości. Na temat tego, co będę robić po studiach. A w zależności od tego, na który scenariusz się nastawię zależą moje najbliższe działania. Mam przez to ochotę krzyczeć i płakać. No bo scenariuszy na moją przyszłość jest, żeby nie skłamać, w pizdu!

1) Kończę studia i jednak stwierdzam, że chciałabym być związana ze zwierzętami. Wiadomo, że nie będę pracować jako zootechnik, bo zwierzęta gospodarskie to jednak nie moja bajka. Ale mogłabym poszukać pracy jako pomoc w gabinecie weterynaryjnym. Oczywiście weekendowo robiłabym kurs technika weterynarii (a może nawet i studia?), tak jak sugerowała mi matka. Przecież zwierzęta towarzyszące są słodkie i bardzo wdzięczne. 

2) Kończę studia w wieku 25 lat, to przecież jeszcze nie tak dużo i mogłabym spróbować dostać się na jakieś inne, które bardziej by mi pasowały. Możliwe, że musiałabym napisać jeszcze tę maturę z rozszerzonego polskiego, bo przecież przez to do tej pory mnie nie przyjęli nigdzie, gdzie chciałam. Ale jakbym ją miała, to może dostałabym się na któryś z kierunków: twórcze pisanie, filologia japońska, filologia angielska (może z jakimś jeszcze językiem?), filologia rosyjska, teatrologia. A może do tego czasu stworzą jeszcze jakiś nowy kierunek? 

3) Kończę studia i znów próbuję dostać się na studia aktorskie, bo może musiałam odpowiednio dojrzeć i wcześniej przez to mnie nie przyjęli, ale teraz przecież jestem już dojrzalsza, a zakładam, że to tego czasu wyrobię sobie figurę, z której i ja będę zadowolona (dzięki czemu zyskałabym pewność siebie) i oni (wpisałabym się w te ich kanony idealnej przyszłej aktorki). Oczywiście musiałabym sobie poprzypominać wiele rzeczy ze szkoły aktorskiej, ale to da się zrobić. A poza tym są też kursy przygotowawcze na te egzaminy. Jakbym się załapała na jakiś organizowany przez jednego z wykładowców z którejś akademii teatralnej, to miałabym w końce te zakichane "znajomości", o których wszyscy pierdolą. 

4) Kończę studia i nie idę na żadne inne, szukając pracy w artystycznych zawodach przeglądając oferty i chodząc na castingi. W końcu ileż to razy słyszałam, że nie trzeba mieć szkoły, żeby być aktorem, pisarzem, scenarzystą, performerem, piosenkarzem? Może ja się po prostu muszę uczyć w praktyce i przez doświadczenie zdobywać wiedzę, a nie studiując? No i przecież chodzi mi cały czas po głowie dubbing albo bycie lektorką...

5) Kończę studia i skupiam się na jednej z artystycznych pasji w stylu taniec albo sztuki plastyczne. Gdybym ostro ćwiczyła i dowiedziała się czegoś więcej o jakimś stylu tanecznym mogłabym pójść na kurs i zostać instruktorem w jakieś szkole, albo też chodzić na castingi i występować z jakimś artystą na koncertach albo w jego teledyskach. A gdybym w końcu wzięła te książki o rysowaniu z półki i skupiła na tym całą uwagę, to może faktycznie mogłabym założyć firmę z własnoręcznymi nadrukami na koszulkach? Albo zrobić kurs i zostać tatuatorką? 

6) Kończę studia i szukam pracy. Mogłabym na jakiś czas znów pracować w gastro, bo przecież to lubię. Gdybym na dłużej zaczepiła się w jakieś kawiarni albo knajpie, to z czasem może i by mnie awansowali na managerkę? Albo mogłaby to być chwilowa praca i może z czasem dostałabym się do jakiegoś korpo? 

No a przecież do każdej z tych opcji dochodzi jeszcze wariant a i b (a - w Polsce, b - za granicą). Wypadałoby już podjąć jakąś decyzję, bo od tego zależy, co mam robić TERAZ. Zapisać się znów do szkoły tańca? Zacząć uczyć się rysować? Robić ćwiczenia dykcyjne? Uczyć się o pasożytach zwierzęcych? A może przypominać sobie słówka z angielskiego/rosyjskiego/japońskiego? Albo jednak czytać lektury do matury z polskiego? 

Oczywiście opisane warianty zakładają powodzenie. A co jeśli wybiorę wariant 4, ale chodzenie po castingach nic nie da? Albo wezmę wariant 1, ale po 3 latach dostanę depresji i wypalenia zawodowego? Jest jeszcze opcja, że dopiero odkryję w sobie największą pasję i totalnie zmienię plany. Albo poznam zabójczo przystojnego faceta z niekończącymi się zasobami na koncie, który porwie mnie w podróż dookoła świata i do końca życia będę leżeć i pachnieć? 

Nie mówiąc o tym, że mam w chuj dużo zajawek i pasji. Co chwilę wpadają mi do głowy nowe pomysły i gdybym chciała zrealizować choć połowę z nich, to zabrakłoby mi życia. Choćby teraz, gdy to piszę mam ochotę to nagrać i zrobić z tego podcast. Chuj wie, czy ktokolwiek by w ogóle tego słuchał, ale i tak. Kolejny pomysł, kolejna myśl i jeszcze większa ochota na krzyk od nawałnicy w głowie. Chciałabym perfekcyjnie opanować język angielski, rosyjski, japoński i choć trochę inne, np. hiszpański. Chciałabym wyrobić sobie formę, schudnąć do wymarzonej sylwetki i nauczyć się tańczyć. Chciałabym grać na pianinie ze słuchu (i do tego improwizować!). Chciałabym otworzyć swoją firmę z tymi koszulkami. Chciałabym umieć rysować z głowy, a nie tylko przerysowywać wzory. Chciałabym znów mieć tak dobrą dykcję i warsztat aktorski jak za czasów szkoły aktorskiej. Chciałabym nagrywać na YouTube podcast, covery i filmiki z choreografiami. Chciałabym śpiewać jeszcze lepiej niż kiedykolwiek i poszerzyć swoją skalę głosu. Z jednej strony można by pomyśleć "No to jak studiujesz to może powoli robić te rzeczy w wolnym czasie". Niby tak, ale trzeba jeszcze znaleźć czas na spanie, jedzenie (i gotowanie, które mi zawsze zajmuje w chuj czasu), sprzątanie, naukę (żeby utrzymać stypendium), pielęgnację (bo chcę pięknie wyglądać) i choć minimum socjalizacji ze znajomymi oraz rodziną. Kurwa, moja doba powinna mieć 72 godziny przynajmniej. Boję się, że przez nadmiar myśli, pomysłów i pasji nie zrobię niczego. A do tego kocham czytać książki i nawet w tej 3-dniowej dobie zabrakło by mi na to czasu.

I tak w kółko. Pierdolca można dostać. A żeby było śmiesznie, ten ciąg myślowy się nie kończy. Mogłabym pisać, pisać i pisać do usranej śmierci. 

Miałam jeszcze napisać o najnowszym pomyśle na rozwijanie choć kilku pasji, co przy okazji wypełniłoby zalecenie pani okulistki o oszczędzaniu wzroku, ale to już może jutro, bo piszę ten post od ponad godziny. 

Dobra, amen. Idę spać. Jeśli mi się uda zasnąć.

Tenshi Kaosu

wtorek, 31 sierpnia 2021

Okulistka


 Hej.

Mam dobre i złe wieści.

 

Dobre:

Byłam od zeszłej niedzieli do wczoraj u mojej cioci. Było super, pogadałyśmy, pomogłam jej pozałatwiać pewne sprawy, byłyśmy w kinie (i wzięłyśmy babcię, żeby się uspołeczniała). Poza tym prawie cały czas przestrzegałam diety. Jedynie wczoraj jak byłyśmy na mieście to weszłyśmy na obiad do restauracji i tam skusiłam się na naleśnika zapiekanego z serem, pieczarkami i pikantnym sosem (I regret nothing!!!), a potem wpadł deser - szarlotka na ciepło z gałką lodów i garścią malin oraz Irish coffee. Ale to taki jeden grzeszek :P Chodziłyśmy też z ciocią na spacerki wieczorami. Dzięki temu waga dziś rano pokazała 90,5 kg. Może do niedzielnego wyjazdu na obóz uda się zobaczyć 8 z przodu (i oby to było na stałe, mam dość 9 z przodu...). 

 

Złe: 

W piątek przed wyjazdem do cioci byłam u okulistki. Z moimi oczami jest bardzo źle. Na prawym oku powróciła mi wada z dzieciństwa - mocne niedowidzenie. Bez okularów miałam problem z przeczytaniem 2 i 3 rzędu liter od góry... Dodatkowo przez zdalne na lewym oku mam skurcz akomodacyjny. Okulistka sama załamała ręce i powiedziała, że musi się zastanowić i skonsultować, co dalej ze mną robić. Dlatego dziś jadę do niej jeszcze raz na badanie i dostanę wyrok. Najprawdopodobniej będę musiała w okularach wymienić szkła na mocniejsze, a żeby prawe oko się poprawiło to będę musiała drugie zasłaniać na min. 2 godziny codziennie. Matka w tym wszystkim nie pomaga, bo non stop słyszę pretensje, że "za dużo siedzę przed komputerem". Ona chyba myśli, że ja nic innego nie robię tylko od rana do nocy gram w gry. Wkurwia mnie tym, bo to nie moja wina, że od 1,5 roku studia były zdalne i musiałam dziennie siedzieć przed laptopem po średnio 12 godzin... Poza tym wczoraj palnęła "jak tylko wstajesz to od razu komputer włączasz". I nic nie pomaga tłumaczenie, że ja po prostu nie lubię ciszy i musi mi non stop coś grać. W trakcie wakacji często mój dzień wygląda tak, że włączam na laptopie muzykę, a w trakcie sobie sprzątam, czytam, układam puzzle, bawię się z kotem, segreguję rzeczy, a dopiero wieczorem np. obejrzę odcinek serialu i idę spać. No ale przecież komputer cały dzień włączony to oczywiście z własnej woli niszczę sobie oczy, nie?...


Nie rozpisuję się bardziej, bo muszę dziś zrobić masę rzeczy. Mam w chuj rzeczy do ogarnięcia do wyjazdu na ten obóz, a od jutra są dni otwarte w szkole tańca, którą otwierają moje koleżanki i chciałabym też tam być. 

 

Trzymajcie kciuki za dzisiejszą diagnozę...

Tenshi Kaosu

 

wtorek, 17 sierpnia 2021

No to szlag z ćwiczeniami

 

Hej.

To sobie poćwiczyłam xD Wczoraj robiłam sobie przerwę na regenerację, a dziś znów miałam ćwiczyć, ale wygląda na to, że przez kilka dni max. to spacer. Strasznie mnie bolą mięśnie na plecach - najprawdopodobniej gdzieś mnie przewiało. Matka miała rację - jak raz Cię zawieje to potem co chwilę będą zapalone mięśnie. No cóż... Nie pozostaje mi nic tylko smarowanie mięśni maścią przeciwzapalną z konopi, a jutro spacerek. Pocieszam się tym, że jak na wakacyjne siedzenie w domu 5800 kroków to też spoko. Na dodatek jechałam dziś rowerem do miasta na zakupy. Musiałam kupić liquidy, bo wszystkie mi się pokończyły (a nie ma opcji, żeby prosić o to matkę, bo dalej nie wie, że palę), a poza tym wstąpiłam do Lidla po wege rzeczy, bo matka "dalej nie wie, co ja chcę jeść" (no kurwa, po 8 miesiącach mojego bycia wege mogłaby już się trochę ogarnąć z tym, no ale trudno). 

Dziś też udało mi się zakończyć na 3 posiłkach i to bez napadu. Jedyne co, to do obiadu wpadł energol, ale od nich też muszę się kiedyś odzwyczaić. 

Odpowiedzi na maila dalej brak.

I jestem mistrzem nierozgarnięcia. O 20 miałam szkolenie z Oriflame, o którym pamiętałam jeszcze dziś rano, a przypomniałam sobie teraz (o 20:53)... Brawa dla mnie. Na szczęście transmisje są zapisywane, więc obejrzę sobie zaraz, ale wśród uczestniczek live są losowane nagrody... No trudno, następnym razem nastawię sobie alarm. Albo może w końcu zacznę korzystać z kalendarza, który sobie specjalnie kupiłam w styczniu :')

To tyle. Nadgonię transmisję, pójdę się umyć, a potem poczytam książkę, albo obejrzę coś na Netflixie (waham się jeszcze, czy kontynuować "Wikingów", czy obejrzeć dziś "Jokera"). 

Trzymajcie się ;*

Tenshi Kaosu

 

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Festiwal obelg i nowych pomysłów

 


 

Hej.

Siedzę już 2 tygodnie w domu rodzinnym i szczerze mam dosyć. Już usłyszałam od ojca, że "za dużo sobie pozwalam" (chodziło o jedzenie), a od matki, że mam się "w końcu wziąć za siebie, bo nic innego tylko wpierdalam". W ogóle niesamowicie mnie bawi zachowanie matki. Z jednej strony wbija szpile i próbuje mi udowodnić, jak bardzo jedzenie mną rządzi i jak bardzo nie umiem nad sobą zapanować, a chwilę później pyta mnie, czy nie chcę zjeść lodów... No bawi w chuj. 

A najbardziej chyba boli to, że mają rację. Nie wiem czemu, ale jak tylko tu przyjeżdżam, to od razu zaliczam serię napadów. Mówiłam już o tym terapeutce, ale nie doszłyśmy do tego, dlaczego się tak dzieje. Nie mniej tym razem po tych komentarzach, rozpalił się we mnie taki płomyczek dawnej Tenshi, tej z czasów liceum. Bardzo chciałabym schudnąć tak jak wtedy i nawet bardziej. Wiecie, "na złość mamie odmrożę sobie uszy"... Zauważyłam, że z niektórymi rzeczami tak to u mnie działa. Dlatego z moją wagą chciałabym postąpić tak samo. Że w jednym momencie rodzice dogryzają mi, jaka to jestem gruba, żeby w następnym lamentowali, jak to bardzo schudłam i że pewnie mam anoreksję. Chyba tylko dzięki temu, że jestem przekorna udało mi się przełamać ciąg napadów w sobotę. Wtedy też zaczęłam ćwiczyć. Póki co szału z tym wszystkim nie ma, bo moje jedzenie dalej musi być w miarę ogarnięte ze względu na IO, ale przez późne pobudki (ok. 11/12) udaje mi się obcinać jeden posiłek - jem 3 posiłki na dzień w odstępach 4 godzin, żeby insulina zdążyła opaść. Póki co nie raz odczuwam głód przez rozciągnięty napadami żołądek, ale wiem, że z czasem to ustąpi. Treningi też nie są jakieś zabójcze, a mimo to mam zakwasy. Na razie ćwiczę z Mel B. W sobotę zrobiłam rozgrzewkę, cardio, ramiona i rozciąganie, a wczoraj rozgrzewkę, nogi, brzuch, pośladki i rozciąganie. Muszę wrócić do takiej aktywności jaką miałam za czasów swojej "świetności".


Pomysłem, na punkcie którego się zafiksowałam i pisałam o tym ostatnio, są... STUDIA. W trakcie praktyk przeklinałam się w duchu, że nie poszłam na drugi kierunek, na który się wtedy dostałam (przyjęli mnie na zootechnikę we Wrocławiu i na sztukę pisania w Gdańsku, ale wybrałam Wrocław, bo był bliżej domu, a z Gdańska ciężko by się jeździło z kotem). Myślałam o tym, że zamiast kastrować kukurydzę w 30 - stopniowym upale, mogłabym odbywać praktyki w jakimś wydawnictwie. I jakoś zaczęłam przeglądać oferty studiów z myślą podjęcia zaocznych, żeby tę jebaną zootechnikę już skończyć. Trafiłam na stronie Uniwersytetu Wrocławskiego na kierunek "Kultura i praktyka tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo". Nie powiem, poczułam w serduszku, że tam byłabym szczęśliwsza niż na tych studiach. Co prawda tamte też są w formie stacjonarnej, ale może udałoby mi się połączyć jakoś studiowanie 2 kierunków (tak jak wielu ludzi to robi). A gdyby ciężko to było połączyć, to mogę przenieść zootechnikę na zaoczne. Oczywiście powiedzenie o tym rodzicom nie wchodzi w grę, więc w międzyczasie musiałabym znaleźć jeszcze pracę, żeby te studia opłacić, albo wziąć kredyt studencki, ale jest to ogarnięcia. Najgorsze chyba jest to, że rekrutacja na ten kierunek już się zakończyła. Dzwoniłam kilka razy do dziekanatu UW, żeby w końcu dowiedzieć się, że muszę zapytać mailowo taką babeczkę. Napisałam maila w zeszłym tygodniu i wciąż brak odpowiedzi. Jest opcja, że ma urlop i odpowie później. Ale nienawidzę takiego życia w niepewności. Na stronie UW podaje, że na ten kierunek nie ma dodatkowej rekrutacji, ale pomyślałam, że jeśli zostało np. 1 czy 2 miejsca do limitu osób, to przecież nie będą na siłę dobierać, ale może wtedy zgodzą się, żebym jeszcze aplikowała. Bardzo mi na tym zależy. W najgorszym przypadku będę musiała poczekać do czerwca na nową rekrutację, ale szczerze nie chcę tyle czekać. Chciałabym już od października studiować na nowym kierunku...


To chyba tyle. Wagą nie mam się co chwalić na chwilę obecną. W sobotę osiągnęłam nową najwyższą wagę w życiu i niech to będzie wystarczająco wymowne, jak bardzo jestem w dupie. 


Leki biorę regularnie. Zwiększyłam dawkę leku od psychiatry, zgodnie z zaleceniem i póki co jest chyba w miarę ok. Przynajmniej udaje mi się wyciszyć manię na tyle, że nie lecę w sobotę do Grecji (nie pytajcie).


Lecę sprawdzić co u Was i spać. Na jutro mam ambitne plany. 


Tenshi Kasou