czwartek, 22 grudnia 2022

Świąteczny czas refleksji

 

Hej.

"Dawno mnie tu nie było"... Nie zliczę, ile razy zaczynałam wpis na tym blogu lub poprzednim właśnie tym zwrotem. Nie mniej pasuje teraz jak ulał...


I oczywiście w czasie, gdy mnie tu nie było sporo się działo :)

Skończyłam studia dzienne na kierunku zootechnika. No prawie. W zasadzie to jestem w trakcie pisania pracy inżynierskiej (chyba całkiem dobrze mi idzie, bo mam już mniej więcej połowę), potem jeszcze tylko obrona i egzamin inżynierski. A potem moja noga więcej na tej uczelni nie postanie. Drugie studia lecą całkiem dobrze. W zasadzie to co zajęcia zakochuję się w tym kierunku coraz bardziej. No i musieliśmy wybrać specjalność, bo od drugiego semestru będą już przedmioty specjalistyczne. Zdecydowałam się na branding, więc może niedługo będę wprowadzać nowe marki na rynek 😊

Dalej klepię biedę srogo. Mam dług u współlokatora i już prawie go spłaciłam, gdy nagle... laptop mi umarł. Jak się okazało w serwisie spalił mi się dysk 🙃 I tym sposobem musiałam zapłacić 300 zł za odzyskiwanie danych (żeby nie musieć m. in. pisać inżynierki od początku) i 500 zł za nowy dysk. Tym sposobem dług u B. znów się powiększył. Dobrze, że w listopadzie miałam urodziny, to chociaż zaoszczędziłam kasę, bo dostałam 2 prezenty, na które sama musiałabym trochę zbierać (zegarek Huawei od B. i drukarkę od ludzi z pracy). 

Przeglądałam przed chwilą dane, które udało się zgrać ze starego dysku i znalazłam stare zdjęcia z liceum. Znów wzięło mnie na nostalgię i marzenia o tym, jak bardzo chciałabym być znów tamtą wersją siebie. Przy okazji zbliża się koniec roku i zerknęłam na swoje postanowienia ze stycznia. Uświadomiłam sobie, że niewiele z nich udało mi się spełnić (zrobię jeszcze post podsumowujący te postanowienia i wyznaczę nowe na przyszły rok). Ale jednocześnie czuję (albo próbuję sama zaprogramować swój mózg), że rok 2023 będzie moim rokiem!

Nie zamierzam czekać do 1 stycznia na zmiany. Chcę zacząć teraz, by w Nowy Rok wejść z buta. Jedzeniowo trochę się ogarnę, bo przyjechałam dziś do domu rodzinnego, więc nie będzie podjadania czy wpierdzielania zamawianego jedzenia (choć oczywiście pewnie nie będzie jakoś idealnie, bo w końcu święta...). Myślę jednak, że uda mi się w końcu wypracować jakąś rutynę jedzeniową i regularność. W czasie tej "przerwy świątecznej" chcę też dalej cisnąć z inżynierką i zagadnieniami do egzaminu, że skończyć to gówno przed końcem roku (zobaczymy, czy wyjdzie). Zamierzam też popracować nad CV, żeby od stycznia zacząć szukać pracy w zawodzie - myślę, że będę się zgłaszać do agencji reklamowych, brandingowych i copywriterskich. Dopóki nie znajdę innej pracy muszę zostać w gastro i cisnąć ze zmianami, żeby spłacić dług i zebrać hajs na pierwszą ratę za drugi semestr studiów zaocznych. Ale jak już wspomniałam, programuję swój mózg na pozytywne myślenie. 

Lecę spać, a przy następnej okazji zrobię podsumowanie roku. Gdyby nastąpiło to po świętach to chciałam Wam życzyć zdrowych i spokojnych Świąt oraz żebyście spędziły je tak jak chcecie ♡

Tenshi Kaosu

 

wtorek, 18 października 2022

Test życia

 


 

Hej.

Widziałam, że ktoś się zmartwił, co ze mną, że tak długo nie pisałam. Cóż, byłam zaaferowana życiem, sukcesami i porażkami. 

Postaram się streścić ostatnie 3 miesiące mojego życia:

 

LIPIEC:

Spina z ojcem (usłyszałam, że zasłużyłam na to, by traktować mnie jak śmiecia). Nie dostałam się na studia, o których marzyłam (story of my life - w sumie zostałam odrzucona z 8 różnych kierunków na przestrzeni 4 lat, kiedy się rekrutowałam), po czym upiłam się i pocięłam. 

 

SIERPIEŃ:

 Dużo zmian w gastro i ukrywanie blizn. Zerwanie kontaktu z ojcem. Za namową  cioci zarekrutowałam się na kierunek, który był moim drugim wyborem tylko w trybie zaocznym tym razem. Diagnoza PCOS u ginekologa po 2 miesiącach bez okresu. Wykupienie karnetu na siłownię.


WRZESIEŃ:

Występ na musicalu. Wciąż dużo zmian w gastro. Stworzyłam ankietę do inżynierki i porozsyłałam ją po schroniskach. Niespodziewana wiadomość - dostałam się na studia zaoczne. Załatwianie papierów na inżynierkę i nowe studia. Krótka wizyta u przyjaciółki w Krakowie.


PAŹDZIERNIK: 

Rozpoczęcie ostatniego semestru na zootechnice i pogłębiające się stany depresyjne. Drugi musical. Wizyta u psychiatry i nowe leki. Rozpoczęcie nowego kierunku (póki co jestem zachwycona!). 


To tak baaardzo skrótowo. Aktualnie czekam na efekty przyjmowania leków, bo nastrój nadal taki sobie. Ale nie poddaję się i jakoś walczę. 

Nie pracuję w gastro w tym miesiącu, poprosiłam o wolne, żeby przystosować się do nowej rutyny z dwoma kierunkami studiów. Inżynierka leży, kwiczy i czeka na moje natchnienie. Co do Oriflame to udało mi się  spełnić 4/5 celów rekrutacyjnych w kwalifikacjach do Turcji, ale niestety trwa właśnie ostatni katalog, kiedy powinnam awansować na kolejny poziom, a nie zanosi się na to. Ale rozmawiałam z dyrektorką, bo trochę się kumplujemy i wie, że nie jestem teraz w najlepszym stanie. Zgodnie stwierdziłyśmy, że jak się uda to super, a jak nie to trudno. Będą kolejne wyjazdy i konferencje, a póki co moje zdrowie jest ważniejsze. 

Finansowo żyję trochę na krawędzi. Miałam sporo wydatków: mieszkanie, jedzenie, nowy telefon (umowa mi się skończyła i musiałam podpisać nową, a nowy sprzęt był konieczny przy okazji, bo tamten telefon już się praktycznie rozpadał na części), wizyta u psychiatry, opłata za studia (wydać jednorazowo 3150 zł to boli...), prezent dla współlokatora na urodziny. Matka namawiała mnie na drugie studia i zapowiadała, że będzie wspierać finansowo. Nie powiem, że tego nie robi, bo co miesiąc dostaję od rodziców 2000 zł na utrzymanie, ale na studia nie dostałam nic, przez co wyzbyłam się całych oszczędności. Jednak, jeśli mam być szczera, to jest mi dobrze z tym. Fakt, będzie teraz ciężko, ale czuję się dzięki temu bardziej niezależna i czuję, że te studia są całkiem "moje" - sama je wybrałam, chciałam na nie iść, a teraz sama je sobie finansuję. Włączyłam teraz tryb turbo oszczędzania i kombinowania kasy na każdym kroku: zrezygnowałam z subskrypcji BookBeata, na Spotify przechodzę na tryb studencki, ogłaszam się z korkami, przestaję zamawiać jedzenie i jeść na mieście, zakupy w Żabce ograniczam do minimum (zaczną się wycieczki do większych marketów, które są dużo dalej, ale jednak są tańsze), wystawiam rzeczy na sprzedaż na Vinted (póki co ubrania i książki, ale dorzucę też jeszcze biżuterię i akcesoria), składam podanie o stypendium rektora. Zastanawiam się jeszcze czy na Vinted i Ig nie ogłosić się z moimi ręcznymi nadrukami na koszulki. No i może bieda w końcu zmotywuje mnie, żeby ukończyć kurs copywritingu, który wykupiłam i zacząć zarabiać na zleceniach. Macie może jeszcze jakieś pomysły na oszczędzanie/zarabianie?


To chyba na razie tyle. Nie będę się rozpisywać, żeby nie przedłużać. Wrzucam jeszcze linka do mojego konta na Vinted, gdyby któraś z Was chciała mnie wesprzeć w czasach biedy, lub szukała jakichś tanich rzeczy :) [KLIK] 

A jak u Was? Mam nadzieję, że może nieco lepiej niż u mnie. Zajrzę do Was w najbliższej wolnej chwili.

Tenshi Kaosu




wtorek, 12 lipca 2022

Homofobię powinno się leczyć!

 


 

Hej.

Najpierw szybkie wyjaśnienie tytułu.

Jestem właśnie w domu rodziców. Przyjechałam głównie, żeby załatwić drugą część praktyk (udało się wczoraj podbić i podpisać wszystkie papiery, samych praktyk nie muszę robić, jedynie wymyślę coś, żeby ładnie uzupełnić dzienniczek i z głowy). Ale że i tak nie mam zmian w pracy to stwierdziłam, że posiedzę tutaj tydzień, spotkam się z kilkoma znajomymi i przede wszystkim spędzę trochę czasu z rodziną. Dziś wieczorem ojciec przyjechał z trasy (jeździ na tirach). Usiadł ze mną i mamą w pokoju, a na telewizorze leciał YT z odpaloną muzyką. Akurat leciał jakiś utwór z teledyskiem, gdzie dwóch chłopaków się całowało. I tu wkracza mój ojciec. Najpierw coś zagadnął, czy dalej nie jem mięsa i chwilę o tym dyskutowaliśmy. W pewnym momencie stwierdził, że jest to tylko "fanaberia" i "moda". Nazwał wegetarian i wegan "odszczepieńcami" społeczeństwa. A potem wesoło ciągnął temat mówiąc, że "tak samo jak te pedały to odszczepieńce". Powiedziałam mu, że to bardzo niegrzeczne tak mówić i że to nie pedały (bo pedały są w rowerze), a po prostu osoby homoseksualne (tu konkretnie w nawiązaniu do teledysku akurat geje). W tym momencie odpalił się totalnie. Leciało dużo nieprzyjemnych tekstów, ale takie perełki to: "Dla mnie to i tak są pedały", "To się powinno leczyć", "Hitler powinien wrócić i ich wszystkich zagazować", "Pedały obrażają mnie i moją religię, a ja jako wierzący i praktykujący katolik sobie na to nie pozwolę" (no faktycznie, bardzo katolickie miłowanie bliźniego życząc osobom o innej orientacji śmierci 🙃)... Próbowałam być spokojna i skomentowałam to tylko zdaniem z tytułu tego wpisu. Niby się nie pokłóciliśmy, ale mimo, że cała rozmowa trwała może z pół godziny maksymalnie, to ja już mam zszargane nerwy i mdłości z tego powodu oraz łzy w oczach. Nasze relacje rodzinne poprawiły się w stosunku do tego, co było jeszcze 2-3 lata temu, ale jego zachowanie utwierdza mnie coraz bardziej w tym, żeby jednak nie zbliżać się do tego człowieka, a jedynie oddalać. Wygląda na to, że nigdy się nie wyoutuję. No i trochę przykro, że jeśli np. spotkam dziewczynę swojego życia to nigdy nie będę jej mogła przedstawić ojcu, a gdybyśmy chciały się pobrać za granicą to ceremonia i wesele będzie się musiało odbyć bez udziału ojca (podejrzewam, że matka też mogłaby tego nie zaakceptować, ale jednak jest bardziej otwarta na osoby o innej orientacji, więc może kiedyś by to zrozumiała). Możecie sobie pomyśleć, że przesadzam i po co wymyślam takie hipotetyczne scenariusze, ale tak już mam. Pomyślałam sobie też, że wielkim szczęściem jest, że jestem dziewczyną i to zgodną ze swoją płcią biologiczną. Bo gdybym była chłopakiem gejem albo biologicznie dziewczyną, ale czuła się mężczyzną i chciała zmienić płeć, to zachowanie ojca doprowadziłoby do tego, że miałabym tak silną depresję i w pewnym momencie mogła się zabić, albo on sam by mnie pobił i może nawet zabił w szale po wyznaniu mu prawdy. 

Ech, przepraszam za ten wyrzyg, ale musiałam się wyżalić, bo naprawdę mocno mnie załamuje zachowanie ojca...

 

Przejdźmy lepiej do pozytywów.

Papiery z praktyk w zoo załatwione. I na sam koniec poprzedniego katalogu w Oriflame mocno pocisnęłam i jednak udało mi się wyrobić pierwszy cel kwalifikacyjny! Jeszcze 4 cele rekrutacyjne, cel awansu i mamy to! W pracy mam klepnięte 8 zmian w ciągu następnych dwóch tygodni, więc i jakieś pieniądze wpadną. Dziś nawet usiadłam w końcu do inżynierki. Póki co buduję ankietę. Myślałam, że dzisiaj ogarnę ją całą, ale miałam kilka rzeczy do załatwienia, więc jak usiadłam do niej o 20, to nie zdążyłam z całością. Ale początek jest xD Jutro mam sporo wolnego czasu to na pewno ją skończę i wyślę promotorce do zatwierdzenia. W "międzyczasie" zanim odpowie na maila będę czytać artykuły naukowe i książki, które mam pobrane, a przy dobrych wiatrach może zacznę powoli tworzyć wstęp teoretyczny. Wiem, że będę musiała tam opisać kilka najpopularniejszych gatunków pasożytów, więc mogę już opisywać chociażby ich cykl życiowy i drogi inwazyjne. I jeszcze jeden pozytyw - udaje mi się powoli wychodzić na prostą z jedzeniem. Odżywiam się coraz lepiej, więc teraz jeszcze tylko znaleźć motywację do aktywności i już w ogóle będzie cud - miód. Udaje mi się nawet opierać pokusom w domu, co nie jest takie proste, bo w spiżarni jest pełno słodyczy mamy, piwa, nalewek, lodów i chipsów. Ale póki co dzielnie walczę (i oby jak najdłużej) :)


Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam napisać.

Miałam dziś spotkanie online z dyrektorką z Oriflame. Wychwalała mnie bardzo, że jestem świetną i bardzo zdolną dziewczyną. Dużo mówiła o tym, że mam bardzo medialną osobowość i "zadatki na influencerkę". Rozmawiałyśmy też o tym, że kiedyś nawet myślałam, czy nie zrobić na profilu na Ig contentu, gdzie pokażę jak wygląda moje ciało i potem dokumentować jak w klimacie ciałopozytywności walczę o zdrowie i metamorfozę sylwetki. Wspomniałam jej, że obserwuję jedną dziewczynę, która dodaje zdjęcia bez filtra, gdzie widać jej rozstępy, cellulit i nadprogramowe kilogramy i przenigdy nie pomyślałam, że "ale paszczur walczy o atencję", a wręcz podziwiam tę laskę, że jest odważna, jestem pod wrażeniem jak uczy się akceptować siebie i zmienić swoją sylwetkę, ale w zdrowy sposób (ona też ma IO i zrzuca wagę głównie, żeby poprawić wyniki badań). Z jednej strony też bym tak chciała, ale z drugiej myśl o tym, że miałabym pokazać swoje rozstępy publicznie paraliżuje mnie ogromnie. Ogarnia mnie wstyd. No bo przecież czym się tu chwalić? Że tak się zaniedbałam, że skóra pęka mi na brzuchu, udach, łydkach i nawet ramionach? Ludzie mogą mnie wyśmiać. A z drugiej strony może to też byłaby motywacja dla innych do jednoczesnej akceptacji swojego ciała i zmian w duchu walki o zdrowie? Tak jak tamta piękna dziewczyna. Dyrektorka mówiła mi, że przecież nie muszę pokazywać całego swojego ciała i niedoskonałości, których się wstydzę. Oczywiście ma rację. Ale ja jestem osobą typu "wszystko albo nic". Nie wyobrażam sobie prowadzić konta w tym temacie "połowicznie". Albo pokazuję wszytko, bez ściemy, jak faktycznie jest. Albo nie poruszam tego tematu wcale. 

Tu mam pytanie do Was? Co Wy sądzicie o tym pomyśle? Czy to przesada i powinnam sobie darować? A może uważacie, że to dobry pomysł i zarówno ja, jak i osoby postronne mogłyby coś z tego wynieść pozytywnego? Może same obserwujecie takie konta? Jestem bardzo ciekawa. Oczywiście i tak sama podejmę decyzję, ale w procesie rozważania tego pomysłu będę wdzięczna za wszelkie komentarze, przemyślenia i porady. :)


Kończę już, bo jest 1:30, a jutro znów mam sporo do zrobienia. Ale żeby też zakończyć notkę w pozytywnym vibe'ie dodaję zwiastun musicalu, o którym poprzednio pisałam. Możecie mnie w końcu zobaczyć - jak naprawdę wygląda Tenshi (dla przypomnienia, ja to Pani Młoda z filmiku). Jeśli się Wam spodoba i chciałybyście obejrzeć musical na żywo, to jak tylko pojawią się bilety wrzucę info i zapraszam na Śląsk! :D

Kocham Was i ściskam mocno ♥

Tenshi Kaosu


poniedziałek, 4 lipca 2022

When I'm Gone

 


 

Hej.

Nie wiem nawet kiedy minął ten miesiąc od ostatniego wpisu. No dużo się działo...

Zakończyłam semestr. Niby oficjalnie wszystkich ocen jeszcze nie ma, ale z tych egzaminów, których nie byłam pewna, już mam ocenki, więc reszta to tylko formalność. Udało mi się też wyrobić przed końcem czerwca z praktykami w zoo. Teraz muszę tylko uzupełnić dzienniczek i podjechać do dyrektora, żeby wystawił mi opinię. 

Nie miałam jakoś dużo zmian w pracy przez praktyki, ale jak tylko się dało to jednak wyrabiałam godzinki. Poza tym trochę próbowałam podziałać w Oriflame, ale niestety przez nawał obowiązków i "zdarzenie losowe" nie udało mi się za dużo zdziałać w tym katalogu... A wielka szkoda, bo zaczęły się kwalifikacje na przyszłoroczny Szczyt Przedsiębiorczości w Turcji i chciałam już "nabić sobie punkty", póki pierwsze cele są dość proste. Na szczęście to nie tak, że od razu jestem skreślona, ale po prostu będzie mi ciutkę trudniej zacząć kwalifikacje od przyszłego katalogu. Ale bardzo bym chciała awansować i wyjechać na ten Szczyt, więc wizualizuję sobie sukces i będę zapierdalać od przyszłego katalogu jak szalona xD

Wspomnianym "zdarzeniem losowym" jest choroba. Już w piątek 24.06 nie czułam się najlepiej. Rano miałam praktyki, a wieczorem jechałam na 3 godzinki do pracy, żeby zamienić koleżankę. Czułam wieczorem takie drapanie w gardle, jak przy anginie. W sobotę było dużo gorzej i choć miałam iść do pracy, to udało się znaleźć zastępstwo i praktycznie cały dzień przeleżałam w łóżku z gorączką. W niedzielę doszedł do tego straszny katar, ale musiałam iść na praktyki. W poniedziałek znów praktyki i do objawów dołączył suchy kaszel. We wtorek znów praktyki i zaczęłam bardzo chrypieć. W środę ostatni raz byłam na praktykach (i na szczęście nie cały dzień, ale tylko 4 godziny), ale mój stan, zamiast się polepszać, jeszcze się pogorszył i zaczęłam tracić głos. Zaraz po zakończeniu praktyk podjechałam jeszcze na wydział z papierami, a potem prosto do domu i stwierdziłam, że chyba jednak domowymi sposobami się nie wyleczę, więc zadzwoniłam do lekarza i okazało się, że ktoś im "wypadł" z kalendarza, więc udało mi się jeszcze w ten dzień dostać na wizytę. I tak jak się spodziewałam - angina (jak to pani doktor stwierdziła "No, widzę, że paciorkowce się bardzo ładnie u pani zadomowiły" 🙃). Dostałam antybiotyk, tabletki na gardło, tabletki na zatoki i probiotyk. Ale mimo to głosu nie miałam przez prawie 4 dni. Wczoraj już zaczął wracać, dziś jest dużo lepiej, bo mogę mówić, ale słychać, że to jeszcze nie jest w pełni zdrowy głos.

Miałam w planach w tym tygodniu być na pasiece, na drugiej części praktyk, a w przyszłym tygodniu już iść do pracy, żeby w wakacje wyrobić sobie dużo godzin i odłożyć trochę kasy. Przez chorobę musiałam niestety zmienić plany i na pasiekę pojadę pod koniec tego tygodnia, albo na początku następnego, a do pracy pójdę na 2 ostatnie tygodnie lipca. No cóż, mówi się trudno. 

W piątek dostałam jeszcze okres, więc przy osłabieniu chorobowym i zachciankach okresowych poddałam się totalnie z dietą. Znów wjechały pizze, Maki, smażony ser z frytkami, chipsy, słodycze i ogrom słodzonych napoi. I tym sposobem witam nową najwyższą wagę - 105,6 kg... 

Dostałam też dobrą informację - wracamy od września z musicalem na deski! Bardzo się już za tym stęskniłam, ale tu się pojawia drobny problem... Mam 2 miesiące, żeby schudnąć najwięcej jak się da. I tu już nawet nie chodzi o to, że ekipa sceniczna mnie zobaczy po jakimś czasie i olaboga znów przytyłam, ale jeśli nie schudnę, to po prostu nie wejdę w kostiumy... Także muszę skończyć z wymówkami. Spróbuję sobie wcześniej przygotowywać plan posiłków na tydzień i się go trzymać. Poza tym, jak wyzdrowieję, to chyba czas wrócić do śpiewu i ćwiczeń wokalnych, żeby nie było siary na występie, bo mam tam dość sporo solówek ;) (dla tych, co nie wiedzą - gram główną rolę, więc jestem na scenie bez przerwy, sporo tam tańczę i śpiewam solo). Swoją drogą na YT dostępny jest zwiastun tego musicalu, więc jeśli chciałybyście zobaczyć zajawkę to mogę tu ją wstawić przy następnym poście :)

Jak też wspomniałam, w wakacje muszę napisać całą, albo chociaż większą część, inżynierki. I zarabiać pieniądze. I schudnąć. I zrobić dokładne porządki w mieszkaniu. I skończyć kurs copywritingu. I rozwijać swój biznes w Oriflame. No generalnie, jakie wakacje? xD Zapowiada się dość pracowicie. Dziś jeszcze na spokojnie, bo mój organizm jest osłabiony przez chorobę. Porobię sobie listy, uzupełnię kalendarz, coś już posprzątam, a wieczorem pójdę na długi spacer (w ramach treningu). Zobaczę, ile mi zejdzie na wszystkim. A jak tylko będzie chwila to spróbuję opracować ankietę do inżynierki. 

No i koniecznie muszę zrobić plan finansowy, bo w czerwcu wysrałam się kompletnie z kasy... Coś mi mówi, że nie uda mi się wypełnić postanowienia noworocznego, żeby do końca roku zaoszczędzić 15 tysięcy, ale jeśli zacisnę pasa, to myślę, że 10 jestem w stanie odłożyć. Kwestia tego, że dużo wydaję na pierdoły i niepotrzebne obżeranie się. 

Jakiś długi mi wyszedł ten post, ale tak to jest, jak się pisze raz na miesiąc xD Lecę ogarniać swoje życie :)

Tenshi Kaosu

 

czwartek, 9 czerwca 2022

Maniaczysz?

 


 

Hej.

"Maniaczysz?" Tak zawsze mówi do mnie współlokator, gdy widzi, że mam dobry dzień, kiedy jestem na najwyższych obrotach i robię multum rzeczy.  Można powiedzieć, że chyba ostatnio dużo maniaczę.

Po ostatnim wpisie miałam przez jakiś czas depresyjne stany. Przestałam brać leki, malować się, dbać o siebie czy mieszkanie, żarłam Maki i pizzę, piłam sporo alko. Poza tym wpadłam w nowe uzależnienie... sudoku. Może to brzmi głupio, ale całe moje dni wyglądały tak, że szłam na zajęcia, wracałam z nich po drodze kupują mnóstwo gównianego żarcia i alko w Żabce, siadałam i nakurwiałam sudoku jak szalona do 2 czy 3 w nocy. Kilka razy nawet pominęłam podstawową higienę jak prysznic czy mycie zębów. Nie miałam ochoty nawet iść na uczelnię, ale wiedziałam, że muszę, żeby zdać semestr. Brzmi to mega żałośnie...

Na szczęście któregoś dnia, w połowie rozwiązywania sudoku, zamknęłam książkę, zaniosłam ją do współlokatora i powiedziałam, żeby ją wypierdolił. I jeszcze tego samego dnia siadłam do zadań na uczelnię, sprzątnęłam trochę w pokoju i wzięłam porządny prysznic. Nie wiem jak ani dlaczego. Po prostu mój umysł powiedział: "Dość! Ogarnij się!". I się ogarnęłam :)

Teraz znów robię codzienne listy zadań, na bieżąco robię projekty i prezentacje, załatwiłam sobie praktyki (udało mi się dostać do zoo i na pasiekę znajomych mamy - w zoo byłam już we wtorek i idę znów w niedzielę, a na pasiekę pojadę w lipcu), biorę leki i suplementy, robię codzienną pielęgnację (taką pełną - poza prysznicem i myciem zębów wchodzi wieloetapowa pielęgnacja twarzy, dłoni i stóp). Trochę lepiej sypiam i jak uda mi się odpowiednio wcześnie wstać to nawet się maluję. Poza tym więcej chodzę i troszkę lepiej się odżywiam, choć jeszcze daleka droga przede mną, żeby było idealnie.

Na studiach mam już większość rzeczy ogarniętą. Zostały mi 2 projekty do oddania i 2 egzaminy. 21 czerwca mamy jeszcze obowiązkowy wyjazd terenowy do stacji badawczo - dydaktycznej w innym mieście, gdzie utrzymywane jest bydło (głównie mięsne, ale mleczne również). No i do końca czerwca muszę wyrobić 60 h praktyki w zoo. Spoko, dam radę. Jedyne czego totalnie nie ogarnęłam w tym semestrze to praca inżynierska. Na szczęście z tym mam jeszcze czas i plan jest taki, żeby w wakacje ogarnąć inżynierkę, pracę w gastro, a w jakichś wolnych chwilach zaległy kurs copywritingu. 

Poza tym zarekrutowałam się na ten kierunek, o którym wspominałam na UWr. I przy okazji na jeszcze jeden (tak z przypadku xD). Wyszło to w sumie tak, że przeglądałam jeszcze inne kierunki, które tam mają i znalazłam coś takiego jak "komunikacja wizerunkowa" i okazało się, że biorą pod uwagę maturę z polskiego, angielskiego i jeszcze jednego z wymienionych przedmiotów - a wśród nich rozszerzona chemia xD No to stwierdziłam, że jakbym się jednak nie dostała na kulturę i praktykę tekstu, to ta komunikacja może być "fajną nagrodą pocieszenia". No cóż, zobaczymy, co z tego będzie. Listy przyjętych pojawią się 14 lipca, więc muszę czekać. Nie wiem, jak wytrzymam do tego czasu...

Wagowo szału nie ma. Powiedzmy, że póki co dalej się trzymam w granicach 103 kg... Dramat, nigdy nie sądziłam, że będę tyle ważyć. Myślicie, że kiedykolwiek uda mi się wrócić do licealnych 54 kg?

Lecę spać, bo jutro zapowiada się kolejny pracowity dzień. Ponadrabiałam trochę Wasze blogi, ale może jutro wieczorem będę miała chwilę, żeby znów zerknąć ;)

Tenshi Kaosu

czwartek, 26 maja 2022

JeżuChrystu mam dość...

 


Hej.

Żyję. Ale oczywiście z moich postanowień znów gówno wyszło. Dieta leży, częstszych notek brak, treningów też nie ma... Czyli typowa Tenshi 🙃

Na studiach się sporo dzieje. Nie mam wciąż ogarniętych praktyk i jak na złość wszystkie stajnie, do których dzwoniłam nie raczą odbierać telefonów. Pisałam też maila do zoo, ale nie odpisują. Jutro będę jeszcze pisać do stacji dydaktycznej z mojej uczelni, żeby załatwić tam praktyki przy owcach. Poza tym prakty dzielą się na 2 bloki tematyczne, więc będę jeszcze dzwonić do znajomych mamy, którzy mają pasiekę, czy nie mogę u nich realizować drugiego bloku. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. 

Podjęłam też decyzję - chcę w czerwcu się rekrutować na Uniwersytet Wrocławski na kierunek "Kultura i Praktyka Tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo". Jeśli czytałyście moje posty z lipca/sierpnia to próbowałam się tam dostać w zeszłym roku, ale niestety trochę po czasie rekrutacji i większość miejsc była zajęta i brakowało mi punktów, żeby się załapać. Boję się, że w tym roku mimo, że pilnuję harmonogramu to jednak wciąż będę mieć za mało punktów, bo nie mam matury z rozszerzonego polskiego. Wystarczy, że kilka osób będzie ją miało i będą wyżej na liście ode mnie, a miejsc na ten kierunek jest jedynie 65. Ale bardzo chciałabym się tam dostać, żeby w końcu studiować coś, co jest bliższe moim zainteresowaniom niż obecny kierunek. Jeśli udałoby mi się dostać, to pierwszy semestr będzie masakryczny, bo wciąż zostanie mi jednocześnie ostatni semestr zootechniki. Będę musiała ogarnąć 2 kierunki, inżynierkę i egzamin inżynierski. Ale jeden semestr to w sumie nie tak dużo, a nie chcę czekać kolejnego roku na następny kierunek. Najwyżej zrezygnuję z pracy, bo wiem, że rodzice będą mnie wspierać finansowo dopóki studiuję. A w ostateczności można wziąć kredyt studencki. Albo pocisnąć z pracą w wakacje, jak już zrobię praktyki. Może wtedy po prostu wezmę ekstra godziny w gastro i odłożę trochę pieniędzy na nowy rok akademicki. Tak czy siak, tutaj trzymajcie kciuki jeszcze mocniej!

Z nowości to jeszcze się chciałam pochwalić, że spełniłam jedno ze swoich mniejszych marzeń - zrobiłam pierwszy tatuaż. Ten wzór mi się marzył od 6 lat i w końcu go mam! Jest na lewej kostce z wewnętrznej strony. Miałam z tym zaczekać, aż osiągnę cel wagowy, ale trafiła się okazja - dziewczyna chciała powiększyć swoje portfolio i oferowała tatuowanie za cenę samych materiałów. A że 150 zł to nie wygórowana cena, to się zdecydowałam i we wtorek pojechałam do niej do Oławy. Co prawda drugi raz bym się do niej nie wybrała, bo jakość tatuażu nie powala, ale liczę, że jak się wygoi to będzie trochę lepiej wyglądać. W ostateczności pójdę do jakiegoś legitnego tatuatora na korektę. Ale generalnie uważajcie na takich samozwańczych tatuatorów (laska robiła mi tatuaż maszynką do makijażu permanentnego i nawet nie owinęła mi go folią przed wyjściem...). 

 

 

To tyle póki co. Lecę się umyć i spać, bo jest już po północy, a jutro rano mam zajęcia i zaraz potem lecę do pracy. 

Trzymajcie się ♥

Tenshi Kaosu

czwartek, 5 maja 2022

Dwa posty z rzędu, Tenshi oszalała!

 


Hej!

Coooo? Kolejny post? Ale że tak od razu? Wiem, niepodobne to do mnie xD

Spędziłam wczorajszy wieczór na nadrabianiu Waszych blogów i poczułam się mega zmotywowana. Nie tylko do odchudzania (choć to oczywiście również), ale też do nauki, sprzątania, regularnego ogarniania życia. Widzę, jak dobrze ogarniacie studia, prace, mieszkania itd. i do tego często piszecie. Aż mi się przypomniały czasy liceum, gdzie pisałam prawie codziennie i też mi to bardzo pomagało uporządkować sobie w głowie i w życiu. Także chyba czas spróbować wrócić do tego trybu. Nie mówię, że będę pisać tu codziennie, bo pewnie często się to nie uda, ale jednak częstsze pisanie = większy ogar, więc postaram się robić to jak najczęściej.

Przy okazji czasów licealnych, pojawiła się u mnie taka myśl dzisiaj. Już kilka razy wspominałam tutaj o tym, jak to wtedy bez problemu ogarniałam szkołę, masę zajęć pozalekcyjnych, dietę i treningi. Ale przecież (dopiero dziś do mnie to dotarło), że nie ma co się tak z tym porównywać. Przecież miałam też wtedy łatwiej pod wieloma względami. Większość posiłków przygotowywała mi babcia, z którą mieszkaliśmy. Do szkoły i na zajęcia zazwyczaj zawoziła mnie mama, więc nie musiałam czekać na transport publiczny. Materiał w szkole był dużo łatwiejszy, więc nie musiałam tyle czasu też poświęcać na notatki, prezentacje, zadania i naukę. No i najważniejsze - nie pracowałam wtedy! A przecież teraz i gastro, i korki i Oriflame zajmują mnóstwo czasu. A co do treningów to nie dość, że wtedy ćwiczyłam od dziecka regularnie, to jeszcze byłam dużo szczuplejsza. Ba! Od czasu 2 klasy liceum do teraz przytyłam 2 razy tyle. Nie ma się też co dziwić, że nie mam takiej sprawności i kondycji. A do tego, wtedy byłam zdrowa (albo przynajmniej dużo zdrowsza niż teraz). Nie miałam insulinooporności, takich zaburzeń hormonalnych ani psychicznych. Dlatego chcę być dla siebie bardziej wyrozumiała. Czy jest teraz źle ze mną? No jest. Ale przecież nie musi tak pozostać. Schudnę, ustabilizuję IO i hormony, uspokoję psychikę, a dzięki regularnym treningom znów będę sprawniejsza, silniejsza i poprawię kondycję. Wierzę, że jeszcze będę tak wysportowana jak w liceum. I że kiedyś wrócę do tamtej wagi. Po prostu muszę dać sobie na to czas i nie załamywać rąk nad tym, co jest, a zakasać rękawy i zapierdalać! :D

Trochę mi zajęło dojście do takich wniosków, ale lepiej późno niż wcale xD

To czas chyba wrócić do "standardowego szablonu" blogowego. Co u mnie i jak bilans? 

Zaspało mi się dzisiaj trochę, przez co nie zdążyłam zjeść śniadania, bo biegłam praktycznie na pierwszy wykład (wiedziałam, że będzie lista obecności). Teoretycznie miałam mieć zajęcia od 8:10 do 17, ale po tym pierwszym wykładzie zerwałyśmy się z J. z reszty. Pojechałyśmy do galerii, gdzie zjadłyśmy "obiad na śniadanie" w restauracji na wagę, a potem połaziłyśmy jeszcze chwilę i kupiłyśmy sobie Bubble Tea (kocham ♥). Wróciłam do mieszkania, przygotowałam korki, złożyłam zamówienie z Oriflame (od wczoraj jest nowy katalog i jest w nim tyle zajebistych nowości, że musiałam je dla siebie zamówić). Koło 15 zgłodniałam i nawet przez chwilę chciałam zamówić pizzę, ale się powstrzymałam i poszłam do Żabki po taki gotowiec do odgrzania i energetyki, a przy okazji podskoczyłam do kiosku odebrać paczkę. Po obiedzie trochę posprzątałam, o 18 miałam korki przez 2 godziny, a zaraz po nich zabrałam się za trening. Potem prysznic, pielęgnacja (mega się wkręciłam w to: peeling solny do ciała przy kąpieli, potem żel do twarzy, tonik, maseczka, na włosy spray przeciw wypadaniu, a idąc spać nakremuję sobie jeszcze stopy i dłonie), pakowanie zamówień dla klientek, uzupełnienie tabelki z finansami, kolacja i blog. Tak to jakoś zleciało. Czy produktywnie? Wydaje mi się, że tak.

Bilans:

ś: 2 kotleciki warzywne (230), porcja frytek (nawet nie dojadłam wszystkich) (300), ketchup (30), mizeria (50), sałatka (35)
IIś: Bubble Tea (400)
o: Strogonow z Plant Huntera (464), Tiger arbuzowy (85), herbata miętowa
k: mleko (77), banan (116), borówki (58), miarka koktajlu waniliowego z Ori (71), łyżeczka tahini (40), herbata na zimno

Razem: 1956 kcal

Trening: Beat Saber - 45 minut, taneczny workout na yt - 15 minut; łącznie 612 kcal spalonych

Oczywiście nie jestem pewna, czy dokładnie tyle wyszło w bilansie, bo to co było na śniadanie w galerii jedzone mocno szacuję, a nawet przygotowując koktajl nie odważałam dokładnie niczego. Ale nawet jakby wyszło trochę więcej to jestem z siebie dumna. Przez moje epizody obżarstwa mam tak rozciągnięty żołądek, że i tak jestem co chwilę głodna, ale próbuję to zwalczyć wodą, czy herbatą. Wiem, że za jakiś czas się obkurczy i nie będzie mi wiecznie burczał. Poza tym nieźle się poruszałam, więc nie żałuję nawet tej Bubble Tea :D

Plan na najbliższy czas to wyzbyć się napadów i wprowadzać coraz zdrowsze nawyki żywieniowe. Jak to się uda, to odstawię energetyki. Następnym krokiem jest powrót do diety od dietetyczki dla insulinoopornych i większe zaangażowanie w kuchni (póki co nienawidzę gotować) oraz ważenie i liczenie kalorii. A następnym krokiem będzie zejście trochę z kalorii (na początek bez dużych szaleństw, np. z 1800 do 1600/1500). Dziś w paczce przyszły mi też fit batony, które zamierzam jeść raz na jakiś czas, jak będę miała parcie na słodkie. Przyszedł mi też Super Shake (meal replacement) i myślę, że niedługo spróbuję stosować go zamiast jednego posiłku. Jest odpowiednio zbilansowany tak, żeby dostarczyć wszystkich niezbędnych składników odżywczych, ale przy tym nie ma dużej kaloryki - po przygotowaniu jakoś między 200 - 300 kcal. Na początek może spróbuję go zamiast kolacji, bo w razie gdybym była po nim głodna to po prostu pójdę spać. Sądzę, że nada się też świetnie do pracy zamiast lunchboxu. Zobaczymy :)

Jak któraś z Was jeszcze nie czytała mojego poprzedniego posta, to proszę, zerknijcie chociaż na końcówkę, bo wciąż potrzebuję rad w tym temacie ;)

To tyle, rozpisałam się trochę xD Lecę spać, bo jutro zapowiada się kolejny produktywny dzień. Dobrej nocki ;*

Tenshi Kaosu