To sobie poćwiczyłam xD Wczoraj robiłam sobie przerwę na regenerację, a dziś znów miałam ćwiczyć, ale wygląda na to, że przez kilka dni max. to spacer. Strasznie mnie bolą mięśnie na plecach - najprawdopodobniej gdzieś mnie przewiało. Matka miała rację - jak raz Cię zawieje to potem co chwilę będą zapalone mięśnie. No cóż... Nie pozostaje mi nic tylko smarowanie mięśni maścią przeciwzapalną z konopi, a jutro spacerek. Pocieszam się tym, że jak na wakacyjne siedzenie w domu 5800 kroków to też spoko. Na dodatek jechałam dziś rowerem do miasta na zakupy. Musiałam kupić liquidy, bo wszystkie mi się pokończyły (a nie ma opcji, żeby prosić o to matkę, bo dalej nie wie, że palę), a poza tym wstąpiłam do Lidla po wege rzeczy, bo matka "dalej nie wie, co ja chcę jeść" (no kurwa, po 8 miesiącach mojego bycia wege mogłaby już się trochę ogarnąć z tym, no ale trudno).
Dziś też udało mi się zakończyć na 3 posiłkach i to bez napadu. Jedyne co, to do obiadu wpadł energol, ale od nich też muszę się kiedyś odzwyczaić.
Odpowiedzi na maila dalej brak.
I jestem mistrzem nierozgarnięcia. O 20 miałam szkolenie z Oriflame, o którym pamiętałam jeszcze dziś rano, a przypomniałam sobie teraz (o 20:53)... Brawa dla mnie. Na szczęście transmisje są zapisywane, więc obejrzę sobie zaraz, ale wśród uczestniczek live są losowane nagrody... No trudno, następnym razem nastawię sobie alarm. Albo może w końcu zacznę korzystać z kalendarza, który sobie specjalnie kupiłam w styczniu :')
To tyle. Nadgonię transmisję, pójdę się umyć, a potem poczytam książkę, albo obejrzę coś na Netflixie (waham się jeszcze, czy kontynuować "Wikingów", czy obejrzeć dziś "Jokera").
Siedzę już 2 tygodnie w domu rodzinnym i szczerze mam dosyć. Już usłyszałam od ojca, że "za dużo sobie pozwalam" (chodziło o jedzenie), a od matki, że mam się "w końcu wziąć za siebie, bo nic innego tylko wpierdalam". W ogóle niesamowicie mnie bawi zachowanie matki. Z jednej strony wbija szpile i próbuje mi udowodnić, jak bardzo jedzenie mną rządzi i jak bardzo nie umiem nad sobą zapanować, a chwilę później pyta mnie, czy nie chcę zjeść lodów... No bawi w chuj.
A najbardziej chyba boli to, że mają rację. Nie wiem czemu, ale jak tylko tu przyjeżdżam, to od razu zaliczam serię napadów. Mówiłam już o tym terapeutce, ale nie doszłyśmy do tego, dlaczego się tak dzieje. Nie mniej tym razem po tych komentarzach, rozpalił się we mnie taki płomyczek dawnej Tenshi, tej z czasów liceum. Bardzo chciałabym schudnąć tak jak wtedy i nawet bardziej. Wiecie, "na złość mamie odmrożę sobie uszy"... Zauważyłam, że z niektórymi rzeczami tak to u mnie działa. Dlatego z moją wagą chciałabym postąpić tak samo. Że w jednym momencie rodzice dogryzają mi, jaka to jestem gruba, żeby w następnym lamentowali, jak to bardzo schudłam i że pewnie mam anoreksję. Chyba tylko dzięki temu, że jestem przekorna udało mi się przełamać ciąg napadów w sobotę. Wtedy też zaczęłam ćwiczyć. Póki co szału z tym wszystkim nie ma, bo moje jedzenie dalej musi być w miarę ogarnięte ze względu na IO, ale przez późne pobudki (ok. 11/12) udaje mi się obcinać jeden posiłek - jem 3 posiłki na dzień w odstępach 4 godzin, żeby insulina zdążyła opaść. Póki co nie raz odczuwam głód przez rozciągnięty napadami żołądek, ale wiem, że z czasem to ustąpi. Treningi też nie są jakieś zabójcze, a mimo to mam zakwasy. Na razie ćwiczę z Mel B. W sobotę zrobiłam rozgrzewkę, cardio, ramiona i rozciąganie, a wczoraj rozgrzewkę, nogi, brzuch, pośladki i rozciąganie. Muszę wrócić do takiej aktywności jaką miałam za czasów swojej "świetności".
Pomysłem, na punkcie którego się zafiksowałam i pisałam o tym ostatnio, są... STUDIA. W trakcie praktyk przeklinałam się w duchu, że nie poszłam na drugi kierunek, na który się wtedy dostałam (przyjęli mnie na zootechnikę we Wrocławiu i na sztukę pisania w Gdańsku, ale wybrałam Wrocław, bo był bliżej domu, a z Gdańska ciężko by się jeździło z kotem). Myślałam o tym, że zamiast kastrować kukurydzę w 30 - stopniowym upale, mogłabym odbywać praktyki w jakimś wydawnictwie. I jakoś zaczęłam przeglądać oferty studiów z myślą podjęcia zaocznych, żeby tę jebaną zootechnikę już skończyć. Trafiłam na stronie Uniwersytetu Wrocławskiego na kierunek "Kultura i praktyka tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo". Nie powiem, poczułam w serduszku, że tam byłabym szczęśliwsza niż na tych studiach. Co prawda tamte też są w formie stacjonarnej, ale może udałoby mi się połączyć jakoś studiowanie 2 kierunków (tak jak wielu ludzi to robi). A gdyby ciężko to było połączyć, to mogę przenieść zootechnikę na zaoczne. Oczywiście powiedzenie o tym rodzicom nie wchodzi w grę, więc w międzyczasie musiałabym znaleźć jeszcze pracę, żeby te studia opłacić, albo wziąć kredyt studencki, ale jest to ogarnięcia. Najgorsze chyba jest to, że rekrutacja na ten kierunek już się zakończyła. Dzwoniłam kilka razy do dziekanatu UW, żeby w końcu dowiedzieć się, że muszę zapytać mailowo taką babeczkę. Napisałam maila w zeszłym tygodniu i wciąż brak odpowiedzi. Jest opcja, że ma urlop i odpowie później. Ale nienawidzę takiego życia w niepewności. Na stronie UW podaje, że na ten kierunek nie ma dodatkowej rekrutacji, ale pomyślałam, że jeśli zostało np. 1 czy 2 miejsca do limitu osób, to przecież nie będą na siłę dobierać, ale może wtedy zgodzą się, żebym jeszcze aplikowała. Bardzo mi na tym zależy. W najgorszym przypadku będę musiała poczekać do czerwca na nową rekrutację, ale szczerze nie chcę tyle czekać. Chciałabym już od października studiować na nowym kierunku...
To chyba tyle. Wagą nie mam się co chwalić na chwilę obecną. W sobotę osiągnęłam nową najwyższą wagę w życiu i niech to będzie wystarczająco wymowne, jak bardzo jestem w dupie.
Leki biorę regularnie. Zwiększyłam dawkę leku od psychiatry, zgodnie z zaleceniem i póki co jest chyba w miarę ok. Przynajmniej udaje mi się wyciszyć manię na tyle, że nie lecę w sobotę do Grecji (nie pytajcie).
Lecę sprawdzić co u Was i spać. Na jutro mam ambitne plany.
Jak w tytule - miałam ostatnio bardzo dziwny czas.
Po ostatnim poście trochę się podziało. Postaram się to skrócić:
(WDECH) Zagrałam w musicalu, spędziłam tydzień u cioci, dostałam okres, więc odpaliło mi się małe podjadanie, ale się ogarnęłam, wróciłam do Wrocławia po drodze kłócąc się z matką (żegnajcie nadzieje na dobry kontakt i wyjawienie rodzicom swoich bolączek), wizyta u dietetyczki była super, na wadze w końcu 8 z przodu, nowe leki od psychiatry, odbębniłam praktyki w międzyczasie łapiąc fazę głębokiej depresji z myślami samobójczymi, 2 tygodnie ciągłego napadu, nagle odpaliła mi się faza manii z nowym pomysłem, na punkcie którego się w chuj zafiksowałam, 2 terapie w zeszłym tygodniu, żeby trochę nadrobić, jutro wizyta u dietetyczki, która będzie tragiczna, bo na bank przytyłam, a po niej jadę na miesiąc w rodzinne strony i kij wie, jak ja to wytrzymam... (WYDECH)
Także tego... Sama aktualnie nie wiem, jak się czuję i co myślę. Nie ogarniam swojej głowy kompletnie.
Jedyna taka rzecz, na którą serio się jaram to obóz konny we wrześniu, na który zapisałyśmy się z przyjaciółką.
I to tyle. Jest dość późno, więc nie będę się rozpisywać. Mam nadzieję, że wciąż tu ze mną jesteście ♥
Jutro i w środę, jadąc do rodziny, nadrobię sobie lekturę Waszych blogów, żeby być na bieżąco :)
Polecam serdecznie tę piosenkę! Jakaś taka pozytywna, z idealnym vibe'em na wakacje :D
Hej!
Najpierw update'y, a potem się pochwalę :D
Nie udało mi się nic dziś ugrać na konsultacjach, ale babeczka była bardzo miła i jak wszystko mi wytłumaczyła, to faktycznie ja porobiłam głupie błędy. No trudno, więc z żywienia mam na koniec 4,0, to i tak nie jest źle. Z resztą jakoś trochę mnie opuszcza to spięcie nad ocenami. Uda się zdobyć stypendium to spoko, nie uda się - trudno, to w przyszłym roku będę się uczyć tylko na tyle, by zdawać, a w czasie wolnym będę pracować. Znam już wynik jednego egzaminu - 4,0 z behawioru. Czekam jeszcze na ocenę z hodowli bydła. Profesor nie dość, że jest mizoginem, to jeszcze za mną nie przepada, ale powinnam zdać, bo na wszystkie 5 pytań udzieliłam dość rozbudowanych odpowiedzi.
Dietowo idzie bardzo dobrze. Nie liczę kalorii, bo po pierwsze mi się nie chce, a po drugie nie ma tu wagi kuchennej, a liczenie "na oko" jest złudne. Ale jem 4 posiłki, utrzymuję przerwy między nimi, nie podjadam i od piątku nie miałam żadnej wpadki. Dania bilansuję zgodnie z zasadą od dietetyczki - wszystkie węglowodany spożywane są razem z białkiem i tłuszczem. Nie piję w ogóle energetyków, a kawę ograniczam do jednego kubka dziennie (rano, do śniadania). Biorę leki regularnie. I więcej się ruszam. Od piątku prawie codziennie przekraczam 10 000 kroków (poza poniedziałkiem, kiedy zrobiłam sobie wieczorem chill z książką, zamiast iść na spacer).
I uwaga! Teraz się chwalę! Zważyłam się dziś rano i waga pokazała 90,8 kg. To oznacza, że od piątku zrzuciłam 3,8 kg! Jestem z siebie dumna :D
Dodatkowo dumę wzmaga to tytułowe przełamywanie schematów. Jak pisałam ostatnio, terapeutka mówiła, że w procesie wychodzenia z BED każde przełamanie utartych mechanizmów jest krokiem do wyzdrowienia. Przełamałam schemat napadów w domu rodzinnym i schemat nagradzania się jedynie za spadki wagi. Wiecie, że mam system nagród za cele wagowe. Przy wadze 83 kg miałam ściąć włosy i zafarbować je na czerwono. Ale nie wytrzymałam i zrobiłam to wczoraj xD Jaram się mega, bo czerwone włosy marzyły mi się od paru lat. Wyglądam teraz jak Will (pozdro dla fanek Witch xD). Zastanawiam się, czy na dobre nie porzucić tego systemu nagród, bo z jednej strony to trochę fiksuje na punkcie szybkiego (i nie koniecznie zdrowego) zrzucania wagi, a z drugiej trochę szkoda, bo jednak odrobinę motywuje. Muszę to jeszcze przemyśleć. Nie mniej, cieszę się, że obaliłam ten "mit" w mojej głowie, że takie małe marzenia mogę spełniać tylko, jak będę ważyć X kg.
Póki co to tyle. Musiałam się komuś pochwalić takim mentalnym postępem :3 Lecę zrobić sobie obiad, a potem tata wraca z trasy (pracuje jako kierowca tira na trasach międzynarodowych). Gadałam już z nim przez telefon, żebyśmy poszli na spacer z psem, a wieczorem może obejrzymy jakiś film albo w coś pogramy.
Sesja chyba zakończona. Piszę "chyba", bo czekam jeszcze na 2 wyniki egzaminów, a dodatkowo w środę mam konsultacje w sprawie omówienia wyników z jednego egzaminu, bo dostałam 3,5, a zabrakło mi 1 pkt. do 4. Pomyślałam, że skoro chcę walczyć o dalszą wypłatę stypendium w przyszłym roku, to warto spróbować podyskutować z prowadzącą. Wątpię, żeby się ulitowała, bo mamy spiny od początku semestru z tą babką i teraz się trochę mści, no ale spróbuję. Personalnie jej nie podpadłam, więc liczę, że może się jednak uda gdzieś ten brakujący punkt wyszarpnąć.
Przez całą sesję moja dieta nie istniała absolutnie. Jadłam, jak mi się przypomniało, że mam zjeść i to zazwyczaj coś szybkiego, żebym nie musiała gotować. Zupki chińskie, pizza, batony, żarcie zamawiane z dostawą - to raczej był mój "chleb powszedni". Nie było żadnych treningów, basenów ani nawet spacerów. Oczywiście leków w tym czasie też nie brałam. Przypłaciłam to tyciem. Znów jestem w tym chujowym momencie startu ze stanu, gdzie wyglądam jak tłusty wieprz i dostaję zadyszki schylając się, żeby zawiązać buty. Poważnie się obawiam, że nie wejdę w sukienkę na musical... Zamiast schudnąć 10 kg do lipca, to aktualnie przytyłam jakieś 5/6 kg... (Waga z dziś 94,6 kg)....
Dlatego teraz próbuję się na maksa ogarnąć. Wiem, że przez 2 tygodnie nie zrzucę 10 kg, ale może uda mi się choć trochę zrzucić i pozbyć wody z organizmu, żeby chociaż wejść w tę pieprzoną suknię ślubną.
Wczoraj przyjechałam do domu rodzinnego, a dziś udało mi się wypełnić plan 4 zbilansowanych posiłków co 4 godziny. Na dodatek z rana wysprzątałam swój pokój, po południu sprzątałyśmy z mamą w nowym domu przez ok. 2,5 godziny (ojciec remontuje od lat dom, który dostał od swojej mamy i już prawie kończy, prawdopodobnie jeszcze w tym roku się tam z matką przeprowadzą, więc trzeba tam wszystko posprzątać po remoncie i np. dziś myłam kafelki w łazience), a wieczorem poszłyśmy pieszo z mamą nad zalew na naszej wiosce, bo była tam Noc Świętojańska. Także kroki dziś też się zgadzają (12 696 kroków, spalonych kalorii 468). A, no i ostatnio na terapii babka mi powiedziała, że każde przełamanie schematu napadów to krok do przodu, więc pochwalę się, że to chyba pierwszy raz od lat, kiedy przyjechałam do domu i nie rzuciłam się na jedzenie. Póki co jem tylko posiłki przewidziane w jadłospisie (w sensie 4 posiłki na dzień bez podjadania i napadów). Także chyba też się pochwalę terapeutce na następnej sesji.
Co do leku od psychiatry - dostałam Lamilept. Przez sesję go nie brałam w ogóle. Po sesji wystarczyły 4 tabletki, żeby dostać wysypki... Nosz kurwa mać. To jedyny skutek uboczny, przed którym ostrzegał psychiatra i oczywiście, że akurat u mnie się musiał objawić... Przestałam go brać, ale wysypka została i nie mogę się jej pozbyć, a ręka non stop swędzi jak skurwysyn. Po musicalu wrócę do Wrocławia i mam akurat tydzień wolnego przed rozpoczęciem praktyk, więc umówię się do niego na wizytę i powiem, że musimy wymyślić coś innego. A jak już o wysypce mowa, to wyszła mi też na brzuchu, ale to akurat z powodu alergii na nikiel... Wystarczyło, że raz sprzączka z paska wyszła poza materiał i przez kilka godzin dotykała skóry. Ta-dam! Wysypka na pół brzucha. Kurwicy można dostać. Miałam na to kiedyś super maść, która naprawdę mi pomogła, bo przy okazji była przeciwświądowa, ale okazuje się, że jest tylko na receptę...
To chyba tyle póki co. Jest oczywiście więcej rzeczy, o których chciałabym Wam napisać, ale na dziś wystarczy. Jest już późno, a że teraz biorę leki i melatoninę regularnie to chce mi się powoli spać. Także idę się wykąpać, zrobić krótką pielęgnację i w spanko. Jutro próba do musicalu, ale w niedzielę mam wolne to na pewno to Was pozaglądam.
Byłam w środę u psychiatry. Zmotywowała mnie dobra koleżanka ze studiów J., która też ostatnio była u psychiatry. Miałyśmy wieczorki zwierzeń rozmawiając na Meetcie i ona mi opowiedziała o swoich ostatnich problemach, a ja poczułam potrzebę wylania z siebie zwierzeń i emocji ostatnich dni. A skończyło się na tym, że powiedziałam jej o wszystkim. Zachęcała mnie do wizyty, żebym tak jak ona dostała leki, które mnie uspokajają (jak ona to ujęła - nie czuje teraz nic i to daje jej wewnętrzny spokój, który mi też by się przydał). Od dłuższego czasu namawiały mnie do tego też przyjaciółki, moja kochana ciocia i psychoterapeutka, ale dopiero jakoś rozmowa z J. była impulsem, który sprawił, że naprawdę tam poszłam.
Ale nie dostałam absolutnie żadnych leków na uspokojenie ani psychotropów jak J. 🙃
Usłyszałam za to potwierdzenie podejrzeń psychoterapeutki - choroba afektywna dwubiegunowa... (czuję się jakbym kopiowała Wasze choroby - najpierw IO, teraz ChAD)
Na dodatek psychiatra mi powiedział, że może być problem z lekami, bo większość standardowych leków na dwubiegunówkę ma "nieprzyjemne efekty uboczne" - wzmożenie apetytu, przybieranie masy ciała, zaburzenia gospodarki cukrowej... Dlatego dostałam leki przeciwpadaczkowe, bo podobno też pomagają w stabilizacji nastrojów. Zobaczymy. Jeśli to nie pomoże to będziemy dalej kombinować. No i do tego muszę brać melatoninę, żeby zacząć normalnie sypiać, bo moja faza snu okropnie się przesunęła (chodzę spać o 4 rano i wstaję o 13).
Wczoraj jeszcze uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem w dupie z uczelnią. Sesja już za 1,5 tygodnia, a ja notatek mam jak na lekarstwo, w poniedziałek mam najtrudniejsze do tej pory kolokwium z metod hodowlanych, na które muszę się pouczyć, masę zadań z rosyjskiego do wysłania do poniedziałku, do wtorku muszę oddać projekt z hodowli owiec (jesteśmy w grupie 3-osobowej, ale te laski to takie mimozy, że jak ja im nie powiem, co mają robić, to nie zrobią nic). Do tego dochodzi presja musicalu i zmieszczenia się w sukienkę, poczucie winy, że we wtorek i środę wpierdalałam (wmawiam sobie, że to przez okres, ale to tylko moja słaba wola), no i jeszcze muszę znaleźć czas na pójście do fryzjera, żeby ściąć włosy (zapuszczałam długo, żeby je sprzedać, ale na spektakl muszę mieć krótkie, bo moja postać MUSI mieć loki, a moje włosy są oporne na kręcenie i im dłuższe tym bardziej się nie kręcą). A przez stres ostatnio mam notorycznie biegunki. Zajebiście się bawię...
I jakby tego było mało, odezwała się moja letnia alergia. A przy moich lekach nie mogę brać nic przeciwalergicznego poza kroplami do oczu. Przynajmniej one nie swędzą i nie łzawią, ale ciągły katar, kichanie i swędzenie podniebienia mnie nie opuszcza... Śmieję się z B., że mój organizm chyba chce mnie zabić 🙃
Idę dziś na terapię na 16. Może jak przegadam to wszystko z terapeutką to będzie mi lepiej i stres zelżeje...
Nie wiem, kiedy znów się odezwę. Muszę najpierw to wszystko ogarnąć. Jak już się odkopię z tej sterty gnoju, to dam znać.
Błagam, trzymajcie kciuki, żebym to przeżyła! Buziaki ♥
To make long story short: weekend w Krakowie udany, następny weekend spędziłam u cioci, bo wujek odprawiał urodziny, kolejny weekend znów u cioci, a przy okazji w sobotę picie na mieście ze znajomymi z pierwszych studiów. W międzyczasie na zmianę okresy pilnowania diety i ruchu, z ciągami napadów i załamań psychicznych.
Na konsultacji u dietetyczki wyszło, że tłuszcz trochę podskoczył w organizmie, co w ogóle mnie nie dziwi po tych napadach i alkoholu w weekendy. Walczę dalej!
Dostałam info, że musical wraca na deski ♥ Mega się cieszę, a jednocześnie ogarnia mnie panika, bo sukienka, w której gram spektakl już wcześniej była na styk, a od zeszłego roku przytyłam sporo. Obstawiam, że musiałabym schudnąć tak z 10 kg, żeby w nią wejść. A termin mamy już 6 lipca!!! I na dodatek gram główną rolę - panny młodej - więc wymiana stroju nie byłaby taka hop siup... Dlatego motywacja jest w chuj i trzeba zapierdalać!
Już za 3 tygodnie zaczynam sesję, a i tak po drodze jeszcze trochę rzeczy mam do ogarnięcia: w poniedziałek ustne zaliczenie z rosyjskiego, projekt z behawioru do wtorku muszę oddać, do 12 czerwca projekt z owiec, po drodze pewnie jeszcze będzie kolokwium z metod hodowlanych. Że nie wspomnę o notatkach do sesji, które muszę sobie przygotować... Czuję się naprawdę w dupie xD
Przez rzeczy wspomniane wyżej pewnie znów mało tu będę. Ale w wolnych chwilach postaram się zajrzeć do Was, jak Wam idzie.
Przy okazji jeszcze się pochwalę, że w tym tygodniu (w ramach motywacji do wejścia w musicalową kieckę) zaczęłam oprócz spacerów robić dance workouty w domu. Dziś np. strasznie bolą mnie plecy, bo przewiało mi mięśnie, a na dodatek jestem opuchnięta przed okresem, ale mimo to zrobiłam pół godzinki taki workout (na mniejszej intensywności, ale 300 kcal spalonych)! Jestem z siebie zadowolona. Teraz tylko przezwyciężyć zachcianki (lody to moja ogromna słabość) i napady.