środa, 6 marca 2024

Life goes on

 Hej!

Nie wiem nawet jak zrobić dobry wstęp do tego posta, więc może od razu przejdę do rzeczy.


Pracy wciąż brak. Staram się myśleć pozytywnie i zgodnie ze wskazówkami z książki "Potęga podświadomości" projektować swoje jutro. Autor napisał tam, że żeby być bogatym trzeba już czuć się bogato i nie martwić finansami, a wtedy nasz mózg przyjmie to za pewnik i wszystko zacznie się układać tak, że te pieniądze będą do nas napływać. Niby brzmi głupio, ale faktycznie mam wrażenie, że przez ostatnie 2 miesiące mój budżet wygląda nieco lepiej niż w zeszłym roku. Nie mam jeszcze oszczędności, ale nie przymieram głodem i udało mi się nawet oddać część długu, jaki mam u współlokatora. Co prawda niewiele, bo wciąż wiszę mu 2300 zł, ale jeszcze na początku stycznia było to ponad 2800 zł. Także małymi kroczkami może kiedyś się uda spłacić wszystko. Nie mniej, przez brak pracy powoli zaczynam się martwić tymi finansami. Niedługo powinnam dostać ostatnią wypłatę z byłej pracy + korki, ale przy dobrych wiatrach stać mnie będzie na przeżycie tego miesiąca, a co potem? Mam do opłacenia mieszkanie, wyżywienie, czesne za studia, karmę dla kota. Zaczynam trochę panikować. Myślę, czy serio nie iść pracować do McDonald's. Można tam sobie dostosować grafik, co by mi się przydało. Chodziłabym na pół etatu, pracowała np. 8-12, potem robiła kurs copywritingu, szukała zleceń, a wieczorami miała korki. Ale boję się, że skończyłoby się jak z poprzednią pracą, że zajechałabym się i nie miała czasu na nic. Nie wiem, szczerze boję się tego, co będzie w najbliższym czasie. 

Z jedzeniem było chwilowo lepiej. Od poprzedniego poniedziałku aż do piątku trzymałam się idealnie diety, liczyłam wszystko w Fitatu (dziennie jadłam ok. 1800 kcal, czyli tyle ile powinnam przy redukcji). W sobotę dostałam okres i zaczęło się wpierdalanie, które trwało przez 4 dni. Czuję się teraz przez to mega spuchnięta. Aż mi niewygodnie we własnym ciele. Ale to się musi skończyć. Nie wiem, czy ten ciąg wynikał z odreagowania wspomnianego wyżej stresu związanego z pieniędzmi i brakiem pracy, czy po prostu nie mam w sobie jakiejkolwiek woli walki o siebie. Jak wspomniałam, to się MUSI skończyć. 

Nawiązałam kontakt przez Instagrama z początkującym trenerem personalnym i mamy zawiązać współpracę barterową, gdzie on rozpisze mi plan treningowy i będzie monitorował postępy, a ja będę promować jego usługi w social mediach. Także jakiś postęp musi być, a żeby do tego doszło to muszę przede wszystkim wyzbyć się napadów. Bardzo przydałby mi się powrót na psychoterapię, ale to byłby kolejny duży wydatek, na który nie mogę sobie na razie pozwolić dopóki nie będę miała stabilnego źródła dochodów. 

Dobra, wyrzuciłam to z siebie, pojojczałam, teraz biorę się za robotę. Mam na dziś zaplanowanych sporo rzeczy, także lecę. Punktem pierwszym będzie sprzątanie, bo w czystej przestrzeni łatwiej będzie zebrać myśli i chęci do pracy. 

Lecę! Trzymajcie za mnie kciuki!

Tenshi Kaosu

poniedziałek, 26 lutego 2024

Wzloty i upadki

Cześć!

To ja, Tenshi Kaosu. Wciąż żyję 😅

 

Co się działo przez ostatnie ponad 7 miesięcy?

Pracowałam jako doradca studenta zagranicznego na prywatnej uczelni za psie pieniądze. Od września prowadziłam korki dla 4 dzieciaków, żeby dorobić do budżetu. Ale przez to i jeszcze dodatkowe obowiązki (o których zaraz wspomnę) nie miałam czasu prawie na nic, nie wyrabiałam się z wieloma rzeczami. Zaczęło mnie irytować, że nie jestem doceniana na etacie. Skończyłam jedne studia, robię drugie, pracowałam głównie po angielsku (gdzie angielski na poziomie C1), a zarabiałam prawie najniższą krajową. Dodatkowo doszły nieprzyjemne sytuacje w pracy, gdzie kierowniczka biura zaczęła na mnie się wyżywać za swoją frustrację, więc powiedziałam "DOŚĆ!". 15 stycznia złożyłam wypowiedzenie, teoretycznie do końca lutego jestem zatrudniona, ale teraz odbieram zaległy urlop, więc nie ma mnie już w biurze. I jeszcze na koniec firma potraktowała mnie po chamsku, ale nie chce mi się już opisywać całej sytuacji. Generalnie, kończąc współpracę poczułam się, jakby ktoś mi na do widzenia napluł w twarz.

Poszukiwania nowej pracy idą bardzo opornie. Wysyłałam CV na pracuj.pl i Rocketjobs. Wysyłałam też maile z CV i portfolio bezpośrednio do różnych agencji marketingowych. Na ponad 300 wysłanych zgłoszeń otrzymałam tylko 2 odpowiedzi. Oczywiście odmowne. Staram się jednak traktować to jako znak od wszechświata, że to jest ten moment, by spróbować swoich sił jako freelancer. Dalej ogłaszam się z korkami, robię kurs copywritingu, szukam pojedynczych zleceń i chciałabym jeszcze rozpowszechnić swoje rękodzieło (robię ręczne nadruki na koszulkach). Zobaczymy, co z tego będzie...

W czerwcu i lipcu wspominałam Wam, że dziewczyna z TikToka zainspirowała mnie do prowadzenia wyzwania na social mediach. Podjęłam się tego i to właśnie dodatkowy obowiązek, który na siebie wzięłam. Prowadziłam wyzwanie na Instagramie. Udało mi się zgromadzić ponad 7 tysięcy obserwujących (i jedną propozycję współpracy, którą musiałam odrzucić :')). Ostatnio niestety miałam tam przestój i sporo osób zaczęło odchodzić, a zasięgi maleć. Ale nie poddaję się i skoro mam czas na freelancerstwo, to może uda mi się jeszcze bardziej rozwinąć konto. Mam już kilka pomysłów i wizję, jak chciałabym, żeby to konto wyglądało, więc teraz czas na realizację. Nie nazwałabym siebie influencerką, ale widzę w tym spory potencjał i jeśli dzięki temu udałoby mi się dodatkowo zarobić, to dlaczego tego nie zrobić?

Przez czas mojej nieobecności tutaj moja dieta raz istniała, raz nie. Miałam ciągi zdrowego jedzenia, a potem ciągi napadów i fast foodów. Na zmianę chodziłam na siłownię 3x w tygodniu, albo nie chodziłam wcale przez miesiąc. Skutkowało to dobiciem do 110 kg wagi. No cóż. Nie pozostało mi nic innego, jak ponownie próbować. W ramach motywacji zaczęłam oglądać filmy o zaburzeniach odżywiania, historie ludzie z anoreksją na YT i postanowiłam wrócić tutaj. Dysponując większą ilością czasu mam szczerą nadzieję, że uda mi się pisać tutaj regularnie i na bieżąco zaglądać do Was. 

W skrócie to tyle. W dużym skrócie, bo ciężko opisać 7 miesięcy w jednym poście.

Na początku tego roku postanowiłam, że będzie to rok wielkich zmian. Jak widać część już nastąpiła, a część dopiero przede mną. Mam nadzieję, iż uda mi się ich dokonać. 

Tęskniliście choć trochę?

środa, 5 lipca 2023

Szybki post zapracowanej dziewczyny

Cześć!

Jak w tytule - będzie szybko, żeby dać Wam znać, że żyję i walczę! A na szybko, bo jest 00:30, a ja za 5 godzin wstaję.

Nie pisałam w zeszłym tygodniu, bo pochłonęła mnie praca i zmienianie swojego życia na lepsze :D 

Zgodnie z tym, co sobie postanowiłam, staram się lepiej odżywiać. Nawet jak wpadnie jakiś gotowiec na szybko, to staram się go jakoś zbilansować pod IO, żeby nie było dużych wyrzutów insuliny. No i nie powoduje on ciągu napadów (a to najważniejsze i już tutaj jestem z siebie dumna ♥). Chodzę na siłownię. Na razie 2x w tygodniu, liczę, że jak wyjdę z życiowego gruzu to uda mi się dojść do 3-4 treningów tygodniowo. Dodatkowo, sama jestem pod wrażeniem swojego zaparcia, bo nie są to 30 minutowe treningi, a raczej 1 - 1,5 h z rozgrzewką, treningiem fitness/siłowym i rozciąganiem. 

Zmotywowana przez Shinieee, która wręcz połyka książki w całości zmotywowałam się też, by wrócić do regularnego czytania. Codziennie jadę do i z pracy tramwajem łącznie ok. 1,5h i zamiast scrollować bez sensu TikToka, czytam. Skończyłam wczoraj jedną książkę i od dziś lecę z następną. Na razie nic bardzo wymagającego - mam w swojej biblioteczce masę książek fantasy, paranormal romance (takie młodzieżówki), thrillerów itp. Typowo rozrywkowe, ale sprawia mi to frajdę! Plan jest taki, że jak skończę je czytać to wystawię na sprzedaż lub wymianę.

Stopniowo wystawiam rzeczy na sprzedaż na Vinted. Na razie idzie cholernie opornie, ale przynajmniej 50 zł wpadło ostatnio, a skoro do wypłaty jeszcze kilka dni, a na koncie 12 zł, to i tak się cieszę, że nie głoduję zupełnie :')

Staram się też każdego dnia robić coś produktywnego po pracy. Oriflame, zakupy, pranie, sprzątanie, pianino. Czuję się jakoś wyjątkowo aktywna ostatnio. Niesamowicie uskrzydlające uczucie!


Zajrzę do Was pewnie w weekend i nadrobię zaległości, żeby znów być na bieżąco. No i pewnie znów się odezwę, bo mam masę rzeczy, które chciałabym tu z siebie wyrzucić. A teraz zmykam spać :)

Tenshi Kaosu


PS. Co do tego pomysłu z Instagramem, to znalazłam ostatnio konto na TikToku dziewczyny, która "zmienia swoje życie do końca roku". Myślę, że coś takiego bym chciała zrobić. Nie tylko odchudzanie, ale ogólnie uporządkowanie swojego życia i stanie się "That Girl" :D

(Nie umiem wstawić tu podglądu z TikToka. Ktoś wie jak? XD)

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Błagam, nie śmiejcie się ze mnie!

 Hejka.

Wowow! Tenshi odzywa się częściej niż raz na miesiąc - nieprawdopodobne! XD

Najpierw pozwolę sobie odnieść się do Waszych komentarzy. Przede wszystkim dziękuję za wszystkie rady, bo bardzo doceniam, że chcecie mi pomóc ♥ 

Kocie Mahometa, przy aktualnym trybie życia moje zapierdalanie to i tak małe kroczki. Mam masę rzeczy do ogarnięcia, ale jak to mówi moja kochana ciocia "roboty jeszcze nikt nie przerobił". Wiadomo, że jak skończysz coś robić, to zaraz znajdzie się następna rzecz do ogarnięcia. Moja aktualna lista rzeczy, które chcę zrobić jak najszybciej wydaje się nie mieć końca, ale mam świadomość tego, że pewne z tych zadań mogę bez większego problemu odłożyć na później. Skupiam się na tym, co ma najszybszy deadline i jest najpilniejsze, a jak starczy czasu to wtedy biorę się za mniej pilne rzeczy. 

Panno A, do części Twoich rad już się stosuję :) Zamówiona ostatnio pizza została mi postawiona przez współlokatora, a obiad na mieście w piątek niestety był koniecznością (zaspałam rano, więc nie zdążyłam nic nawet wziąć ze sobą do jedzenia, ten obiad o 17:00 był pierwszym posiłkiem w ciągu dnia, a poza tym musiałam wracać na 19:00 na ten koncert w pracy, więc gdybym wracała do domu to nie zdążyłabym nawet nic ugotować, bo zaraz musiałabym jechać z powrotem). Natomiast Żabki już omijam szerokim łukiem. Gdy potrzebuję coś dokupić np. mleko to albo wstępuję do Lidla zaraz po pracy, albo wieczorem wybieram się na krótki spacer do Biedronki, bo w marketach jest jednak taniej niż w Żabce. Wczorajszy energetyk był z Żabki, ale odebrany za żappsy, żeby nie wydawać kasy. Od miesiąca mniej więcej robię też tak, że idę na większe zakupy spożywcze do marketu dopiero jak już naprawdę nic nie mam w lodówce. Z planowaniem jedzenia na cały tydzień niestety mam problem, bo już kiedyś próbowałam i niestety tak nie potrafię. Podziwiam Cię za meal prepy, które robisz, ale ja bym prędzej dostała kurwicy niż nagotowała na kilka dni w przód (szczerze nienawidzę gotować i jak już kiedyś będę zarabiać grube miliony to na pewno będę miała dietę pudełkową) :) 


Jak minął dzisiejszy dzień?

Z rana praca, a po powrocie kończyłam projekt i niestety zeszło mi na tym dłużej niż sądziłam, więc w zasadzie zdążyłam tylko na szybko przygotować jedzenie na jutro do pracy, zrobić wieczorną pielęgnację, skończę pisać posta i lecę spać. Jedzeniowo:

ś: 3x mała kromka pieczywa żytniego z lnem, guacamole, kiełki rzodkiewki, pół pomidora, kawa posłodzona erytrytolem

IIś: SuperShake

o: ryż z warzywami i tofu po chińsku

k: zupa grzybowa, herbata z miodem

 

A teraz, nawiązując do tytułu, chciałam krótko opisać moje małe marzenie. Tylko (jak w tytule) prosze się nie śmiać...

Marzy mi się, żeby być influencerką. Nie wiem czemu. Może dlatego, że aktorstwo mi nie wyszło? Może dlatego, że wydaje mi się to fajna praca, która daje nieskończone możliwości? A może dlatego, że w aktualnej sytuacji finansowej, gdyby się udało to ze współprac mogłabym spokojnie zarobić na spłatę długów, opłatę studiów i jeszcze zaoszczędzić na przyszłość? Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie, żeby "zaistnieć" na Instagramie contentem o odchudzaniu. Rozważałam, czy nie pokazywać codziennych zmagań z odżywianiem, treningami itd. No i oczywiście co jakiś czas pokazywać porównania w stylu "od tego startowałam, na razie jest taki progres, a chcę, żeby było jeszcze lepiej". Od dobrej koleżanki (która umie w Instagrama bardziej ode mnie) usłyszałam, że to dobry pomysł, bo ludzie lubią obserwować proces. Ale jak rozmawiałam o tym z B. (współlokator) to powiedział, że przy tym, ile razy poległam wcześniej może się to nie udać i tylko najem się wstydu. Poza tym, jaką mam gwarancję, że takie coś serio zainteresuje ludzi i uda mi się wybić? 

Co o tym sądzicie?


Na zakończenie, abstrahując od wcześniejszego tematu, widziałam, że ostatnio kilka z Was pokazywało u siebie różne kosmetyczne polecajki i pomyślałam, że ja też chcę Wam kilka moich ulubieńców polecić :) Nie wrzucę wszystkich na raz, ale będę Wam dawkować ;P

Polecajka nr 1: mgiełka do twarzy Waunt. Jest idealna na upały! Delikatnie chłodzi i tonizuje twarz, nie szczypie w oczy, nie rozmazuje makijażu. A do tego pachnie bosko! ♥


Dobra, lecę spać. 1:00 w nocy, a ja się kładę mając świadomość wstawania o 5:30... No cóż. Legenda głosi, że jeszcze kiedyś będę chodzić spać o ludzkich godzinach...

Ściskam ♥

Tenshi Kaosu

niedziela, 25 czerwca 2023

Czy ja jestem piękna?

Hej.

Dzięki za komentarze pod poprzednim postem. Ariela napisała, że pomimo tuszy wciąż jestem atrakcyjną babką i trochę skłania mnie to do przemyśleń. Bo chyba nie będzie dla Was dużym szokiem, gdy powiem, że ja absolutnie nie postrzegam siebie w kategorii piękna czy atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że w słowniku przy definicji słowa "paszczur" jest moje zdjęcie. 

Jest to coś, co bardzo chciałabym kiedyś przerobić na psychoterapii. Ale że mnie na razie na nią nie stać, to muszę pracować z tym co mam. 


Słusznie zauważyłyście, że nic bez mojego zaangażowania się nie zmieni. Więc staram się zaangażować i (jak poprzednio też pisałam) zapierdalać jak moja wersja z liceum - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu ;) 

Nie jest to proste. Moje życie od czasów liceum bardzo się zmieniło. Kiedyś mając lekcje na 8:00 wystarczyło wstać o 7:00, śniadanie przygotowywała babcia, mama mnie podwoziła do szkoły albo miałam autobus, który jechał do miasta niecałe 20 minut. Lekcje kończyłam średnio ok. 15:00 i przed 16:00 byłam już w domu, a tam babcia czekała z gotowym obiadem. Naturalnie teraz wygląda to zupełnie inaczej - pobudka w tygodniu o 5:30 - 6:00, 7:10 odjeżdża mi tramwaj, który jedzie ponad 40 minut do mojej pracy, kończę ją o 16:00, więc po 17:00 dopiero jestem w mieszkaniu. Obiad muszę dopiero sama ugotować, a potem po nim pozmywać. No i zakupy też teraz przecież robię sama, do tego sprzątanie, pranie... No nie jest lekko w tej dorosłości, do której kiedyś tak mi się spieszyło :) Ale muszę się z tym pogodzić i nie zamierzam się biczować za to, że nie robię tylu dodatkowych rzeczy co kiedyś. 

Jak wyglądał ten tydzień?

Poniedziałek - praca, po południu się zdrzemnęłam (niestety dłużej niż planowałam), a wieczorem zrobiłam trening na VR

Wtorek - praca, potem miałam mieć korki, ale dziewczyna zapomniała, więc to przełożyłyśmy, a ja poszłam na siłownię (sama byłam pod wrażeniem, że wytrzymałam trening dłuższy niż 30 minut, bo cardio robiłam aż 45 minut, a potem 15 minut rozciągania)

Środa - praca, potem praca Oriflame, korki, krótki spacer i przy okazji zakupy spożywcze

Czwartek - praca w innych godzinach, bo od 10:00 do 18:00, po powrocie siadłam do projektu na studia i robiłam go do północy

Piątek - praca, potem obiad na mieście, rozmowa video z przyjaciółką i na 19:00 wróciłam do pracy na koncert (odpuściłabym, ale zaprosiła mnie osobiście dyrektorka dyrektorów, więc głupio by było nie przyjść), wieczorem po powrocie dalej robiłam projekt

Sobota - miałam iść na zajęcia, ale z rana dostałam okres, więc skończyło się na Ketonalu, termoforze i dalszym spaniu do 16:00, potem do nocy pisałam jedną z prac zaliczeniowych (miałam napisać opowiadanie, dzisiaj na zajęciach okazało się, że inni napisali ok. strony, a ja aż 6, ale profesorowi się mega spodobało i powiedział mi, że to jest oryginalne dzieło i jest pod wrażeniem moich umiejętności literackich ♥)

Niedziela - zajęcia od 8:00, najpierw oddany jeden projekt, potem egzamin zaliczony na 5, potem zajęcia literackie (te z opowiadaniami), powrót do mieszkania, drzemka, a wieczorem wysyłałam jeszcze kilka brakujących prac i projektów do prowadzących i walczyłam dalej z największym projektem zaliczeniowym w tym semestrze (wciąż mi trochę zostało, jutro będę kończyć i oddawać)


Myślałam, że pójdę w sobotę na siłownię chociaż na pół godzinki, ale niestety okres wybrał inaczej. Mówi się trudno. 

Jedzeniowo w tym tygodniu było lepiej. Wpadła w tygodniu mrożona pizza, a wczoraj przy okresie zamówiłam taką prawdziwą z ulubionej pizzerii i niestety dopadła mnie też ochota na słodkie, więc współlokator poszedł mi do Żabki po słoik nutelli, chipsy na wieczór i pepsi do picia. Ale nie załamuję się tym. Jeśli raz w miesiącu w pierwszy dzień okresu się zdarzy taka sytuacja, to zamierzam się potraktować ulgowo. Grunt, żeby kolejne dni nie przerodziły się w ciąg jedzenia syfu. Dziś mi się to udało, bo od rana znów byłam grzeczna :D 

ś: SuperShake 

IIś: kanapka z guacamole, kiełkami rzodkiewki i pomidorem, energetyk (niestety z cukrem)

o: 2 kawałki pizzy, która została z wczoraj

k: ryż basmati, warzywa mrożone podsmażone na patelni, tofu wędzone (całe danie przyprawione przyprawą chińską, sosem sojowym i imbirem), jabłko


Wiem, że wciąż nie jest idealnie, ale to krok w dobrym kierunku. Muszę jeszcze wrócić do pisania sobie codziennie listy zadań do zrobienia, żeby o niczym nie zapominać i regularnie porządkować swoje życie. Czuję, że powoli będzie coraz lepiej ♥

Znów mam w głowie pełno myśli, które chciałabym tu przelać, ale jest już 1:30, więc zmykam spać.

Dobrego tygodnia!

Tenshi Kaosu

 

niedziela, 18 czerwca 2023

Życie po setce - będzie szczerze...

 Cześć.

Jeśli chodzi o życie po setce, to mam tu na myśli, jak wygląda moje życie po osiągnięciu ponad 100 kg wagi... A będzie szczerze, więc jeśli jesteście wrażliwsze i łatwo Was różne rzeczy obrzydzają to radzę ominąć ten wpis ;)

Nie pamiętam, w którym dokładnie momencie przekroczyłam 100 kg, ani od kiedy zaczęły się dziać poszczególne rzeczy. Ale wciąż pamiętam, jak żyłam i robiłam pewne rzeczy w liceum ważąc ok. 54 kg, a jak wygląda sytuacja teraz. Co się zmieniło?

1) Mając 54 kg miałam super figurę (którą wtedy uważałam za tragiczną, chuj wie czemu 🙃), wystawały mi delikatnie obojczyki, miałam piękne wcięcie w tali i idealnie widoczne żyły na dłoniach i stopach. Aktualnie paluchy wyglądają jak serdele, a całe dłonie dosłownie jak z kreskówki (wiecie takie kółko i kiełbasy zamiast palców...), stopy cały czas, zwłaszcza w lecie mi puchną, czasem do tego stopnia, że nie mogę nimi za bardzo poruszać.

2) Codzienna, prosta pielęgnacja i higiena na zasadzie podtarcia tyłka, mycia, ogolenia pach, nóg i okolic intymnych nie stanowiła najmniejszego problemu. Dziś po raz pierwszy od ponad roku zmusiłam się (z niemałym wysiłkiem), żeby się ogolić... Oczywiście z pominięciem okolic intymnych, bo przez wielki bebzol po prostu tam nie sięgam...

3) Wchodzenie po schodach było dla mnie niczym w liceum. Dziś wchodząc na 2 piętro łapię zadyszkę. Ba! Dostaję zadyszki nawet idąc trochę szybciej, albo idąc i rozmawiając z kimś jednocześnie.

4) Młoda ja mogła przetańczyć kilka godzin na 18-nastkach i studniówce w wysokich szpilkach i śmigała jak gazela. Obecnie mam problem ze znalezieniem jakichkolwiek butów nawet na co dzień, żeby po chwili nie bolały mnie stopy.

5) Te kilka lat temu nie wyobrażałam sobie dnia bez treningu. Prawie codziennie biegałam, tańczyłam, ćwiczyłam w domu. 5km biegu było dla mnie rozgrzewką. Dziś nie umiem się nawet zmotywować do treningu 2x w tygodniu. A jak raz na ruski rok się zmobilizuję to kończę trening (i to nie tak intensywny jak kiedyś) po 30 minutach, bo już nie daję rady więcej.

6) Moja młodsza i chudsza wersja potrafiła ogarnąć szkołę, grę na pianinie, zajęcia ze śpiewu, tańca, teatru, oglądanie anime, granie w Lola, czytanie ton książek i wciąż miała czas na zabawę, spotkania ze znajomymi, imprezy... Moja dzisiejsza wersja (ta spasła do granic możliwości) po pracy nie ma ochoty na nic. Najchętniej bym otworzyła paczkę chipsów, colę i odpaliła serial do nocy. 

7) Gdy miałam 16-18 lat ubierałam się w to, co chciałam. Wystarczyło znaleźć rozmiar 38/40 w sklepie i heja! Aktualnie muszę szukać rzeczy w lumpeksach, albo w butikach dla osób plus size. Bo niestety w żadnym normalnym, sieciówkowym sklepie nie zjadę rozmiaru XXXXXL.

8) Wtedy po prostu podobałam się sobie. Byłam pewna siebie, piękna i po prostu zajebista (chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak osoba, którą wtedy byłam). Dziś nie mogę nawet patrzeć na siebie, bo widzę tylko tonę tłuszczu, masę rozstępów i cellulitu, żałość i upadek...

 Po lewej ta zajebista laska, którą byłam. Po prawej ten pasztet, którym się stałam...

Tęsknię jak cholera za starą wersją siebie...


ALE!

Nie chcę się już więcej użalać! Oczywiście taki stan nostalgii za starymi czasami będzie co jakiś czas wracał, ale z tym już się muszę pogodzić. Wierzę za to, że znów mogę być taka jak kiedyś. Czas po prostu zapierdalać równie ostro, jak te prawie 10 lat temu. 


Zaczęłam nadrabiać Wasze blogi. Poczułam kopa motywacji. Szczególnie dzięki Pannie A.! (Tutaj gorąco ściskam za nawet nieświadome zmotywowanie mnie do ruszenia tyłka ♥)

Co dziś zrobiłam?

Posprzątałam kuchnię, łazienkę i swój pokój, popracowałam trochę Oriflame'owo, przeorganizowałam sobie kosmetyki, a wieczorem zrobiłam trening (40 minut gry w BeatSabera na VR), depilację i pielęgnację. Na śniadanie (dość późne) zjadłam zupę pomidorową z makaronem z semoliny, potem na obiad (niestety) kilka kawałków pizzy zamówionej przez współlokatora i po treningu na kolację shake zastępujący posiłek. 

Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałabym Wam napisać, ale muszę to przełożyć na następny wpis, bo jest 1:23, a ja wstaję o 5:30, więc lecę już spać. W drodze do pracy planuję dalej nadrabiać Wasze blogi ;)

Dobrego tygodnia!

Tenshi Kaosu

niedziela, 4 czerwca 2023

Witamy w dorosłym życiu

 Hej.

Nigdy nie chciałam być tym typem blogerki, która nagle znika... Ni z gruchy, ni z pietruchy, ale jednak zniknęłam.

Bardzo dużo się u mnie działo przez ostatnie 4 miesiące i za każdym razem, gdy myślałam: "Trzeba by napisać na blogu, zerknąć, co tam u innych", to sekundę później okazywało się, że mam milion rzeczy do ogarnięcia. I tak nigdy nie było tego idealnego momentu. Teraz chwila też nie jest idealna, ale coś mnie tknęło, żeby napisać, bo za sekundę znów coś będzie się działo, przez co odłożę wpis.


Postaram się streścić te 4 miesiące:

Udało mi się złożyć pracę inżynierską w terminie (choć wymagało to zarwania kilku nocek). Potem intensywnie się uczyłam i 8 lutego oficjalnie zakończyłam zootechnikę na 4,5 i stając się panią Inżynier 😊 Na drugich studiach zdałam sesję bez problemu, a przy okazji się świetnie bawiłam robiąc własną markę energetyka czy projekt gry planszowej dla niewidomych! Zaraz po obronie wyjechałam do Krakowa, bo przyjaciółka B. ostatecznie zerwała z przemocowym facetem i potrzebowała wsparcia. A poza tym ktoś musiał jej pomóc wyrzucić go ostatecznie za drzwi mieszkania ze wszystkimi rzeczami. Spędziłam u niej 1,5 tygodnia, wróciłam i rozłożyła mnie choroba na kolejne 2 tygodnie. Po tym czasie zaczęłam pracę w nowej knajpie, wyrabiając ponad etat i nie mając czasu na nic poza pracą... Nie mówiąc o tym, że szefowie stamtąd sami się do mnie odezwali, żebym dla nich pracowała (wcześniej długo pracowałam z jednym z nich) i nastawiałam się raczej na pozycję menadżerki, skoro byłam jedyną osobą z pełną dyspozycją. A tu chuj, znów skończyłam jako kelnerka na najniższej krajowej... Więc po miesiącu zrezygnowałam i aktywnie poszukiwałam pracy, a w międzyczasie rozwijałam biznes w Oriflame robiąc najwyższe jak dotąd wyniki. Bardzo chciałam znaleźć pracę w branży związanej z moimi studiami, więc wysyłałam CV do wszystkich możliwych agencji reklamowych/brandingowych/kreatywnych/marketingowych/chujwiejakich, ale wszędzie brak odzewu. Absolutnie nikt nie chciał dać szansy lasce w wieku 26 lat, z ukończonymi studiami z innej branży, w trakcie drugich i zerowym doświadczeniem w zawodzie xD Trochę śmiech przez łzy, bo gdybym była rekruterką też pewnie bym odrzuciła takie CV, ale z drugiej strony jak inaczej mam zdobyć te wymagane doświadczenie?... Zaczęłam składać CV wszędzie, gdzie się dało, żeby tylko zarobić coś więcej niż najniższa krajowa. Byłam na 2 rozmowach i skończyło się tym, że od 15 maja jestem doradcą studenta zagranicznego na prywatnej uczelni. 

Czy jestem szczęśliwa z takiego rozwoju sytuacji? Absolutnie nie. Ale jak się nie ma, co się lubi... Ogólnie praca nie jest zła, ale nie czuję tej "chemii". Plusem jest to, że moje stanowisko przynależy do biura rekrutacji i mocno współpracujemy z działem marketingu, więc liczę, że to też potem będzie ładnie wyglądało w CV dla agencji kreatywnych :) 

Jeśli chodzi o dietę i treningi to od ostatniego wpisu miałam już chyba milion podejść i tyle samo porażek... Cały czas wszystko zmierza ku temu, że ruszam się coraz mniej, jem coraz gorzej i tyję. Nie mam już pojęcia, ile ważę, boję się stawać nawet w pobliżu wagi. A na napady wydaję mnóstwo pieniędzy. Łącznie mam już jakieś 2500 zł długu u różnych osób. A wychodzi na to, że za pierwszą wypłatę będę w stanie opłacić tylko wynajem i karmę dla kota. Wśród znajomych się śmieję, że zęby w ścianę i przynajmniej w końcu schudnę, ale obawiam się, że skończy się na kolejnych pożyczkach i jedzeniu jeszcze bardziej gównianych rzeczy (np. W tym tygodniu na obiady mam zupki chińskie i mrożone zapiekanki...). Zaczęłam już akcję wyprzedawania rzeczy, ale póki co nikt nie jest chętny... 

No cóż, nie wiem jak, ale jakoś będę musiała sobie poradzić. Rodzice przykręcają kurek :) Dobrze przynajmniej, że obiecali pomagać finansowo, jeśli chodzi o lekarzy i badania! Gdyby nie to, to nie byłoby mnie stać na np. Nowe okulary, które kosztują ponad 1100 zł :')

Dojeżdżam już powoli do pracy, więc będę kończyć. Obiecuję niedługo zajrzeć do Was! Mam nadzieję, że jeszcze nie postawiłyście na mnie krzyżyka...

Tenshi Kaosu

niedziela, 8 stycznia 2023

Myślę, że coś zaczynam czuć...

 


Hej.

Już teraz wiem, że w styczniu nie będę się za dużo tutaj odzywać, bo zapowiada się bardzo intensywny miesiąc. Uczelnia nagle stwierdziła, że przesunie nam termin składania prac inżynierskich na prawie tydzień wcześniej... Dlatego też jestem w trakcie ogarniania zastępstw za mnie w pracy na następne dwa tygodnie. Jutro idę do pracy tylko na 2-3 godziny, a potem wracam do domu dalej pisać. W ciągu tygodnia muszę ogarnąć jeszcze rzeczy na drugie studia, bo w następny weekend mam zjazd. 

 Co do postanowień noworocznych, to jedzeniowo jeszcze nie jest idealnie, ale powoli jest coraz lepiej. Z aktywnością też coraz lepiej. W poniedziałek byłam na spacerze, we wtorek przed pracą byłam na siłowni, w środę (nie wiem jakim cudem) wyrobiłam 10 tysięcy kroków, w czwartek i piątek niestety nie było zbyt aktywnie, wczoraj byłam na lodowisku. Dzisiaj nie było typowej aktywności fizycznej, ale chociaż trochę się poruszałam sprzątając mieszkanie. Resztą postanowień zajmę się po obronie, już totalnie na spokojnie. 

A teraz kilka słów a propos tytułu posta...

Na drugich studiach poznałam I. - dziewczynę, z którą się mega zakumplowałam. Podczas jednej z pierwszych integracji powiedziała mi wprost, że jest lesbijką. Od którejś z kolei naszej rozmowy miałam wrażenie, że daje mi ona znaki, iż mogłaby być mną zainteresowana. Ale jednocześnie nie jestem pewna na 100%, bo totalnie nie umiem w takie relacje. Dlatego do tej pory nie robiłam absolutnie nic specjalnego, żeby ta relacja zmieniła kierunek na bardziej romantyczny. Mimo to zaczęłyśmy coraz częściej rozmawiać. W piątek będąc w pracy napisałam do niej wieczorem, że dużo się dzieje w robocie i przydałaby się kawa. I wiecie co? Przyszła do mnie z kawą w kubeczku termicznym i czekała aż skończę pracę, a potem poszłyśmy do niej. W sobotę wieczorem byłyśmy razem na lodowisku i mimo, że miała być też jej współlokatorka to jednak I. pojawiła się sama. Po ślizganiu znów poszłyśmy do niej na drinki. A dzisiaj wieczorem przyjechała do mnie na obiecaną wczoraj wege kolację i piwko. Im więcej czasu z nią spędzam tym bardziej zaczynam coś czuć. Nie powiem, żeby było to już zauroczenie, ale budzi we mnie coraz większe zainteresowanie. No tylko, że jak już wspomniałam, ja totalnie nie umiem w związki ani flirt. Gdy byłam z moim ex to powiedział mi kiedyś, że od razu widział, gdy próbowałam go podrywać i wychodziło mi to fatalnie. Dlatego nawet nie wiem, jak dać I. znać, że jestem nią zainteresowana i czekam na jej ruch. 

Może Wy coś doradzicie w tej sprawie? Jak to zrobić, żeby dać jej wyraźny sygnał i jednocześnie się nie zbłaźnić? 

Lecę spać, a w najbliższej trochę luźniejszej chwili zajrzę, co u Was. 

Ściskam ♥

Tenshi Kaosu

sobota, 31 grudnia 2022

Nowy rok - nowa ja?

 


Hej.

Ostatni dzień roku, więc czas na podsumowanie roku 2022. W styczniu opublikowałam swoje postanowienia i czas zweryfikować, czy udało mi się je spełnić:

1) Pokonać zaburzenia odżywiania! 

No tu ewidentnie poległam. Zamiast przestać obsesyjnie myśleć o jedzeniu i zdrowo schudnąć to wciąż zajadałam emocje i wesoło przywaliłam kolejne kilogramy...

2) Zacząć zdrowo się odżywiać i dbać o siebie (psychicznie i fizycznie przez np. codzienną pielęgnację).

Udało się częściowo. Ze zdrowym odżywianiem mi nie do końca wyszło, dbanie o sferę psychiczną też nie było na jakimś mega wysokim poziomie. Za to wyrobiłam sobie nawyk dbania o ciało pod względem kosmetycznym - mam już stałe rutyny poranne i wieczorne z pielęgnacją twarzy, a przed snem zawsze jeszcze balsamuję całe ciało.

3) Wrócić do aktywności fizycznej.

Coś tam spacerowałam, kilka razy byłam na basenie, kilka razy na siłowni, ale wszystko bez szału, więc nie zaliczam tego, bo stać mnie na dużo więcej.

4) Brać leki regularnie, dbać o swoje zdrowie przez regularne kontrole lekarskie.

Miałam zrywy, gdy pilnowałam brania leków i suplementów, a miałam takie dni, że kompletnie o tym nie pamiętałam. Wizyty u lekarza w tym roku były 2 (ginekolog i psychiatra), ale niestety obie dopiero wtedy, kiedy coś się już działo...

5) Poprawić wzrok i dbać o większą "higienę" oczu - zakrapiać, zasłaniać lewe oko, wykonywać ćwiczenia od okulistki.

Ćwiczeń od okulistki nie wykonywałam wcale, zakrapiałam raz na jakiś czas, jak mi się przypomniało, a opturację stosowałam tylko na początku roku, a potem już zupełnie porzuciłam.

6) Ukończyć kurs i zacząć zarabiać na copywritingu.

Nie skończyłam. Skupiłam się na innych rzeczach.

7) Rozwinąć swój biznes w Oriflame - do końca roku osiągnąć awans na min. 8%.

To akurat wyszło. 2 awanse w ciągu roku. Wiele razy byłam wyróżniana na szkoleniach i konferencjach. Zgarniałam wiele nagród. No i niewiele mi brakło, żeby załapać kolejny awans i zakwalifikować się na seminarium menadżerów w Turcji.

8) Poszerzyć wiedzę o czarostwie.

Też nie wyszło. Może ze 3 razy okadziłam dom i siebie palo santo i tyle.

9) Wrócić do regularnej gry na pianinie.

Też chujnia straszna, siedziałam przy pianinie może 5 razy w ciągu całego roku. Na razie stanowi ono po prostu mebel w pokoju...

10) Nauczyć się rosyjskiego i rozpocząć naukę kolejnego języka.

Dopóki miałam lektorat to uczyłam się rosyjskiego. Potem oklapłam nawet z tym. Nowego języka nie zaczęłam się uczyć.

11) Znaleźć swój pomysł na życie!!!

 Nie powiem, że wypełnione na 100%, ale jestem coraz bliżej. Ciągle poszukuję, a z wiekiem chyba zaczynam zdawać sobie sprawę, że ta kwestia może się zmieniać wielokrotnie w ciągu życia i nie ma w tym nic złego.

12) Do końca roku zaoszczędzić min. 15 000 zł.

No to nie wyszło już po całości.... Zamiast mieć jakiekolwiek oszczędności, kończę ten rok z ok. 1300 zł długu...


Na końcu postanowień zapisałam jeszcze takie zdanie:

Chciałabym na koniec tego roku móc powiedzieć: "Tak, jestem lepszą wersją siebie. Jestem szczęśliwsza".

 I to chyba najważniejsze z postanowień. I wiecie co? Wbrew temu, że większość postanowień nie wyszła, to czuję się lepszą i szczęśliwszą wersją siebie! 

Wchodzę w Nowy Rok z mega energią! Czuję, że to będzie mój rok! Na pewno pojawią się jakieś trudności i przeszkody po drodze, ale (nie wiem skąd) czuję taką siłę w sobie, że wiem, iż ze wszystkim sobie poradzę.


Postanowienia na rok 2023:

1) Jeść zdrowiej, więcej gotować i w końcu schudnąć (dla zdrowia i dla własnej satysfakcji). Pozwoli to na oszczędność pieniędzy, bo nie będę zamawiać tyle na dostawę. No i może w końcu uda mi się ogarnąć insulinooporność.

2) Być aktywną! Chcę wrócić na siłownię. Idealnie by było robić 3-4 treningi w tygodniu. Poza tym chcę aktywnie spędzać czas - jeśli nie idę na siłownię to pójdę na lodowisko/basen itp. A w dni, kiedy będę czuć się słabiej, albo nie będę miała ochoty na trening chcę chodzić na spacery i wyrabiać te 10 000 kroków minimum.

3) Bardziej dbać o zdrowie. Muszę opracować system, żeby już nie zapominać o braniu leków i suplementów. Poza tym zamierzam zrobić sobie rozpiskę lekarzy, których muszę odwiedzić i każdego miesiąca będę iść do jednego z nich, np. styczeń - dentysta, luty - okulista itd.

4) Znaleźć lepszą pracę i poprawić sytuację finansową. Styczeń na pewno spędzę jeszcze w gastro, żeby skończyć inżynierkę i przygotować się do egzaminu i projektów zaliczeniowych na drugich studiach. Ale zaraz po obronie chcę szukać pracy w zawodzie związanym z drugimi studiami, czyli celuję w agencje reklamowe, brandingowe, marketingowe itp.

5) Ukończyć kurs copywritingu i zacząć zarabiać na zleceniach. 

6) Rozwinąć swój biznes w Oriflame - cel do końca roku to awans na 12% i otrzymanie tytułu menadżera. Oczywiście będę się starać i jeśli uda się osiągnąć więcej to tym lepiej, ale te 12% to takie minimum ;)

7) Więcej czytać! W tym roku szału z tym nie było, więc chciałabym po prostu robić to częściej. Nie ustawiam sobie konkretnej liczby książek do przeczytania jak w poprzednich latach, bo to nigdy nie wychodziło. Wystarczy, że uda mi się przeczytać więcej niż w 2022r. 

8) Rozwijać się! Powrót do pianina, nauki języków, czarostwa, robienia koszulek. To wszystko w planach. Tutaj też planuję zrobić rozpiskę, żeby każdego dnia tygodnia robić coś produktywnego :)


Na razie to tyle. Lecę do pracy (trzymajcie kciuki, żebym przeżyła Sylwestra w gastro...). No i jestem ciekawa Waszych postanowień! Może któraś z Was ma podobne do moich i chciałaby, żebyśmy wspólnie się w nich wspierały? :)

Tenshi Kaosu

czwartek, 22 grudnia 2022

Świąteczny czas refleksji

 

Hej.

"Dawno mnie tu nie było"... Nie zliczę, ile razy zaczynałam wpis na tym blogu lub poprzednim właśnie tym zwrotem. Nie mniej pasuje teraz jak ulał...


I oczywiście w czasie, gdy mnie tu nie było sporo się działo :)

Skończyłam studia dzienne na kierunku zootechnika. No prawie. W zasadzie to jestem w trakcie pisania pracy inżynierskiej (chyba całkiem dobrze mi idzie, bo mam już mniej więcej połowę), potem jeszcze tylko obrona i egzamin inżynierski. A potem moja noga więcej na tej uczelni nie postanie. Drugie studia lecą całkiem dobrze. W zasadzie to co zajęcia zakochuję się w tym kierunku coraz bardziej. No i musieliśmy wybrać specjalność, bo od drugiego semestru będą już przedmioty specjalistyczne. Zdecydowałam się na branding, więc może niedługo będę wprowadzać nowe marki na rynek 😊

Dalej klepię biedę srogo. Mam dług u współlokatora i już prawie go spłaciłam, gdy nagle... laptop mi umarł. Jak się okazało w serwisie spalił mi się dysk 🙃 I tym sposobem musiałam zapłacić 300 zł za odzyskiwanie danych (żeby nie musieć m. in. pisać inżynierki od początku) i 500 zł za nowy dysk. Tym sposobem dług u B. znów się powiększył. Dobrze, że w listopadzie miałam urodziny, to chociaż zaoszczędziłam kasę, bo dostałam 2 prezenty, na które sama musiałabym trochę zbierać (zegarek Huawei od B. i drukarkę od ludzi z pracy). 

Przeglądałam przed chwilą dane, które udało się zgrać ze starego dysku i znalazłam stare zdjęcia z liceum. Znów wzięło mnie na nostalgię i marzenia o tym, jak bardzo chciałabym być znów tamtą wersją siebie. Przy okazji zbliża się koniec roku i zerknęłam na swoje postanowienia ze stycznia. Uświadomiłam sobie, że niewiele z nich udało mi się spełnić (zrobię jeszcze post podsumowujący te postanowienia i wyznaczę nowe na przyszły rok). Ale jednocześnie czuję (albo próbuję sama zaprogramować swój mózg), że rok 2023 będzie moim rokiem!

Nie zamierzam czekać do 1 stycznia na zmiany. Chcę zacząć teraz, by w Nowy Rok wejść z buta. Jedzeniowo trochę się ogarnę, bo przyjechałam dziś do domu rodzinnego, więc nie będzie podjadania czy wpierdzielania zamawianego jedzenia (choć oczywiście pewnie nie będzie jakoś idealnie, bo w końcu święta...). Myślę jednak, że uda mi się w końcu wypracować jakąś rutynę jedzeniową i regularność. W czasie tej "przerwy świątecznej" chcę też dalej cisnąć z inżynierką i zagadnieniami do egzaminu, że skończyć to gówno przed końcem roku (zobaczymy, czy wyjdzie). Zamierzam też popracować nad CV, żeby od stycznia zacząć szukać pracy w zawodzie - myślę, że będę się zgłaszać do agencji reklamowych, brandingowych i copywriterskich. Dopóki nie znajdę innej pracy muszę zostać w gastro i cisnąć ze zmianami, żeby spłacić dług i zebrać hajs na pierwszą ratę za drugi semestr studiów zaocznych. Ale jak już wspomniałam, programuję swój mózg na pozytywne myślenie. 

Lecę spać, a przy następnej okazji zrobię podsumowanie roku. Gdyby nastąpiło to po świętach to chciałam Wam życzyć zdrowych i spokojnych Świąt oraz żebyście spędziły je tak jak chcecie ♡

Tenshi Kaosu

 

wtorek, 18 października 2022

Test życia

 


 

Hej.

Widziałam, że ktoś się zmartwił, co ze mną, że tak długo nie pisałam. Cóż, byłam zaaferowana życiem, sukcesami i porażkami. 

Postaram się streścić ostatnie 3 miesiące mojego życia:

 

LIPIEC:

Spina z ojcem (usłyszałam, że zasłużyłam na to, by traktować mnie jak śmiecia). Nie dostałam się na studia, o których marzyłam (story of my life - w sumie zostałam odrzucona z 8 różnych kierunków na przestrzeni 4 lat, kiedy się rekrutowałam), po czym upiłam się i pocięłam. 

 

SIERPIEŃ:

 Dużo zmian w gastro i ukrywanie blizn. Zerwanie kontaktu z ojcem. Za namową  cioci zarekrutowałam się na kierunek, który był moim drugim wyborem tylko w trybie zaocznym tym razem. Diagnoza PCOS u ginekologa po 2 miesiącach bez okresu. Wykupienie karnetu na siłownię.


WRZESIEŃ:

Występ na musicalu. Wciąż dużo zmian w gastro. Stworzyłam ankietę do inżynierki i porozsyłałam ją po schroniskach. Niespodziewana wiadomość - dostałam się na studia zaoczne. Załatwianie papierów na inżynierkę i nowe studia. Krótka wizyta u przyjaciółki w Krakowie.


PAŹDZIERNIK: 

Rozpoczęcie ostatniego semestru na zootechnice i pogłębiające się stany depresyjne. Drugi musical. Wizyta u psychiatry i nowe leki. Rozpoczęcie nowego kierunku (póki co jestem zachwycona!). 


To tak baaardzo skrótowo. Aktualnie czekam na efekty przyjmowania leków, bo nastrój nadal taki sobie. Ale nie poddaję się i jakoś walczę. 

Nie pracuję w gastro w tym miesiącu, poprosiłam o wolne, żeby przystosować się do nowej rutyny z dwoma kierunkami studiów. Inżynierka leży, kwiczy i czeka na moje natchnienie. Co do Oriflame to udało mi się  spełnić 4/5 celów rekrutacyjnych w kwalifikacjach do Turcji, ale niestety trwa właśnie ostatni katalog, kiedy powinnam awansować na kolejny poziom, a nie zanosi się na to. Ale rozmawiałam z dyrektorką, bo trochę się kumplujemy i wie, że nie jestem teraz w najlepszym stanie. Zgodnie stwierdziłyśmy, że jak się uda to super, a jak nie to trudno. Będą kolejne wyjazdy i konferencje, a póki co moje zdrowie jest ważniejsze. 

Finansowo żyję trochę na krawędzi. Miałam sporo wydatków: mieszkanie, jedzenie, nowy telefon (umowa mi się skończyła i musiałam podpisać nową, a nowy sprzęt był konieczny przy okazji, bo tamten telefon już się praktycznie rozpadał na części), wizyta u psychiatry, opłata za studia (wydać jednorazowo 3150 zł to boli...), prezent dla współlokatora na urodziny. Matka namawiała mnie na drugie studia i zapowiadała, że będzie wspierać finansowo. Nie powiem, że tego nie robi, bo co miesiąc dostaję od rodziców 2000 zł na utrzymanie, ale na studia nie dostałam nic, przez co wyzbyłam się całych oszczędności. Jednak, jeśli mam być szczera, to jest mi dobrze z tym. Fakt, będzie teraz ciężko, ale czuję się dzięki temu bardziej niezależna i czuję, że te studia są całkiem "moje" - sama je wybrałam, chciałam na nie iść, a teraz sama je sobie finansuję. Włączyłam teraz tryb turbo oszczędzania i kombinowania kasy na każdym kroku: zrezygnowałam z subskrypcji BookBeata, na Spotify przechodzę na tryb studencki, ogłaszam się z korkami, przestaję zamawiać jedzenie i jeść na mieście, zakupy w Żabce ograniczam do minimum (zaczną się wycieczki do większych marketów, które są dużo dalej, ale jednak są tańsze), wystawiam rzeczy na sprzedaż na Vinted (póki co ubrania i książki, ale dorzucę też jeszcze biżuterię i akcesoria), składam podanie o stypendium rektora. Zastanawiam się jeszcze czy na Vinted i Ig nie ogłosić się z moimi ręcznymi nadrukami na koszulki. No i może bieda w końcu zmotywuje mnie, żeby ukończyć kurs copywritingu, który wykupiłam i zacząć zarabiać na zleceniach. Macie może jeszcze jakieś pomysły na oszczędzanie/zarabianie?


To chyba na razie tyle. Nie będę się rozpisywać, żeby nie przedłużać. Wrzucam jeszcze linka do mojego konta na Vinted, gdyby któraś z Was chciała mnie wesprzeć w czasach biedy, lub szukała jakichś tanich rzeczy :) [KLIK] 

A jak u Was? Mam nadzieję, że może nieco lepiej niż u mnie. Zajrzę do Was w najbliższej wolnej chwili.

Tenshi Kaosu




wtorek, 12 lipca 2022

Homofobię powinno się leczyć!

 


 

Hej.

Najpierw szybkie wyjaśnienie tytułu.

Jestem właśnie w domu rodziców. Przyjechałam głównie, żeby załatwić drugą część praktyk (udało się wczoraj podbić i podpisać wszystkie papiery, samych praktyk nie muszę robić, jedynie wymyślę coś, żeby ładnie uzupełnić dzienniczek i z głowy). Ale że i tak nie mam zmian w pracy to stwierdziłam, że posiedzę tutaj tydzień, spotkam się z kilkoma znajomymi i przede wszystkim spędzę trochę czasu z rodziną. Dziś wieczorem ojciec przyjechał z trasy (jeździ na tirach). Usiadł ze mną i mamą w pokoju, a na telewizorze leciał YT z odpaloną muzyką. Akurat leciał jakiś utwór z teledyskiem, gdzie dwóch chłopaków się całowało. I tu wkracza mój ojciec. Najpierw coś zagadnął, czy dalej nie jem mięsa i chwilę o tym dyskutowaliśmy. W pewnym momencie stwierdził, że jest to tylko "fanaberia" i "moda". Nazwał wegetarian i wegan "odszczepieńcami" społeczeństwa. A potem wesoło ciągnął temat mówiąc, że "tak samo jak te pedały to odszczepieńce". Powiedziałam mu, że to bardzo niegrzeczne tak mówić i że to nie pedały (bo pedały są w rowerze), a po prostu osoby homoseksualne (tu konkretnie w nawiązaniu do teledysku akurat geje). W tym momencie odpalił się totalnie. Leciało dużo nieprzyjemnych tekstów, ale takie perełki to: "Dla mnie to i tak są pedały", "To się powinno leczyć", "Hitler powinien wrócić i ich wszystkich zagazować", "Pedały obrażają mnie i moją religię, a ja jako wierzący i praktykujący katolik sobie na to nie pozwolę" (no faktycznie, bardzo katolickie miłowanie bliźniego życząc osobom o innej orientacji śmierci 🙃)... Próbowałam być spokojna i skomentowałam to tylko zdaniem z tytułu tego wpisu. Niby się nie pokłóciliśmy, ale mimo, że cała rozmowa trwała może z pół godziny maksymalnie, to ja już mam zszargane nerwy i mdłości z tego powodu oraz łzy w oczach. Nasze relacje rodzinne poprawiły się w stosunku do tego, co było jeszcze 2-3 lata temu, ale jego zachowanie utwierdza mnie coraz bardziej w tym, żeby jednak nie zbliżać się do tego człowieka, a jedynie oddalać. Wygląda na to, że nigdy się nie wyoutuję. No i trochę przykro, że jeśli np. spotkam dziewczynę swojego życia to nigdy nie będę jej mogła przedstawić ojcu, a gdybyśmy chciały się pobrać za granicą to ceremonia i wesele będzie się musiało odbyć bez udziału ojca (podejrzewam, że matka też mogłaby tego nie zaakceptować, ale jednak jest bardziej otwarta na osoby o innej orientacji, więc może kiedyś by to zrozumiała). Możecie sobie pomyśleć, że przesadzam i po co wymyślam takie hipotetyczne scenariusze, ale tak już mam. Pomyślałam sobie też, że wielkim szczęściem jest, że jestem dziewczyną i to zgodną ze swoją płcią biologiczną. Bo gdybym była chłopakiem gejem albo biologicznie dziewczyną, ale czuła się mężczyzną i chciała zmienić płeć, to zachowanie ojca doprowadziłoby do tego, że miałabym tak silną depresję i w pewnym momencie mogła się zabić, albo on sam by mnie pobił i może nawet zabił w szale po wyznaniu mu prawdy. 

Ech, przepraszam za ten wyrzyg, ale musiałam się wyżalić, bo naprawdę mocno mnie załamuje zachowanie ojca...

 

Przejdźmy lepiej do pozytywów.

Papiery z praktyk w zoo załatwione. I na sam koniec poprzedniego katalogu w Oriflame mocno pocisnęłam i jednak udało mi się wyrobić pierwszy cel kwalifikacyjny! Jeszcze 4 cele rekrutacyjne, cel awansu i mamy to! W pracy mam klepnięte 8 zmian w ciągu następnych dwóch tygodni, więc i jakieś pieniądze wpadną. Dziś nawet usiadłam w końcu do inżynierki. Póki co buduję ankietę. Myślałam, że dzisiaj ogarnę ją całą, ale miałam kilka rzeczy do załatwienia, więc jak usiadłam do niej o 20, to nie zdążyłam z całością. Ale początek jest xD Jutro mam sporo wolnego czasu to na pewno ją skończę i wyślę promotorce do zatwierdzenia. W "międzyczasie" zanim odpowie na maila będę czytać artykuły naukowe i książki, które mam pobrane, a przy dobrych wiatrach może zacznę powoli tworzyć wstęp teoretyczny. Wiem, że będę musiała tam opisać kilka najpopularniejszych gatunków pasożytów, więc mogę już opisywać chociażby ich cykl życiowy i drogi inwazyjne. I jeszcze jeden pozytyw - udaje mi się powoli wychodzić na prostą z jedzeniem. Odżywiam się coraz lepiej, więc teraz jeszcze tylko znaleźć motywację do aktywności i już w ogóle będzie cud - miód. Udaje mi się nawet opierać pokusom w domu, co nie jest takie proste, bo w spiżarni jest pełno słodyczy mamy, piwa, nalewek, lodów i chipsów. Ale póki co dzielnie walczę (i oby jak najdłużej) :)


Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam napisać.

Miałam dziś spotkanie online z dyrektorką z Oriflame. Wychwalała mnie bardzo, że jestem świetną i bardzo zdolną dziewczyną. Dużo mówiła o tym, że mam bardzo medialną osobowość i "zadatki na influencerkę". Rozmawiałyśmy też o tym, że kiedyś nawet myślałam, czy nie zrobić na profilu na Ig contentu, gdzie pokażę jak wygląda moje ciało i potem dokumentować jak w klimacie ciałopozytywności walczę o zdrowie i metamorfozę sylwetki. Wspomniałam jej, że obserwuję jedną dziewczynę, która dodaje zdjęcia bez filtra, gdzie widać jej rozstępy, cellulit i nadprogramowe kilogramy i przenigdy nie pomyślałam, że "ale paszczur walczy o atencję", a wręcz podziwiam tę laskę, że jest odważna, jestem pod wrażeniem jak uczy się akceptować siebie i zmienić swoją sylwetkę, ale w zdrowy sposób (ona też ma IO i zrzuca wagę głównie, żeby poprawić wyniki badań). Z jednej strony też bym tak chciała, ale z drugiej myśl o tym, że miałabym pokazać swoje rozstępy publicznie paraliżuje mnie ogromnie. Ogarnia mnie wstyd. No bo przecież czym się tu chwalić? Że tak się zaniedbałam, że skóra pęka mi na brzuchu, udach, łydkach i nawet ramionach? Ludzie mogą mnie wyśmiać. A z drugiej strony może to też byłaby motywacja dla innych do jednoczesnej akceptacji swojego ciała i zmian w duchu walki o zdrowie? Tak jak tamta piękna dziewczyna. Dyrektorka mówiła mi, że przecież nie muszę pokazywać całego swojego ciała i niedoskonałości, których się wstydzę. Oczywiście ma rację. Ale ja jestem osobą typu "wszystko albo nic". Nie wyobrażam sobie prowadzić konta w tym temacie "połowicznie". Albo pokazuję wszytko, bez ściemy, jak faktycznie jest. Albo nie poruszam tego tematu wcale. 

Tu mam pytanie do Was? Co Wy sądzicie o tym pomyśle? Czy to przesada i powinnam sobie darować? A może uważacie, że to dobry pomysł i zarówno ja, jak i osoby postronne mogłyby coś z tego wynieść pozytywnego? Może same obserwujecie takie konta? Jestem bardzo ciekawa. Oczywiście i tak sama podejmę decyzję, ale w procesie rozważania tego pomysłu będę wdzięczna za wszelkie komentarze, przemyślenia i porady. :)


Kończę już, bo jest 1:30, a jutro znów mam sporo do zrobienia. Ale żeby też zakończyć notkę w pozytywnym vibe'ie dodaję zwiastun musicalu, o którym poprzednio pisałam. Możecie mnie w końcu zobaczyć - jak naprawdę wygląda Tenshi (dla przypomnienia, ja to Pani Młoda z filmiku). Jeśli się Wam spodoba i chciałybyście obejrzeć musical na żywo, to jak tylko pojawią się bilety wrzucę info i zapraszam na Śląsk! :D

Kocham Was i ściskam mocno ♥

Tenshi Kaosu


poniedziałek, 4 lipca 2022

When I'm Gone

 


 

Hej.

Nie wiem nawet kiedy minął ten miesiąc od ostatniego wpisu. No dużo się działo...

Zakończyłam semestr. Niby oficjalnie wszystkich ocen jeszcze nie ma, ale z tych egzaminów, których nie byłam pewna, już mam ocenki, więc reszta to tylko formalność. Udało mi się też wyrobić przed końcem czerwca z praktykami w zoo. Teraz muszę tylko uzupełnić dzienniczek i podjechać do dyrektora, żeby wystawił mi opinię. 

Nie miałam jakoś dużo zmian w pracy przez praktyki, ale jak tylko się dało to jednak wyrabiałam godzinki. Poza tym trochę próbowałam podziałać w Oriflame, ale niestety przez nawał obowiązków i "zdarzenie losowe" nie udało mi się za dużo zdziałać w tym katalogu... A wielka szkoda, bo zaczęły się kwalifikacje na przyszłoroczny Szczyt Przedsiębiorczości w Turcji i chciałam już "nabić sobie punkty", póki pierwsze cele są dość proste. Na szczęście to nie tak, że od razu jestem skreślona, ale po prostu będzie mi ciutkę trudniej zacząć kwalifikacje od przyszłego katalogu. Ale bardzo bym chciała awansować i wyjechać na ten Szczyt, więc wizualizuję sobie sukces i będę zapierdalać od przyszłego katalogu jak szalona xD

Wspomnianym "zdarzeniem losowym" jest choroba. Już w piątek 24.06 nie czułam się najlepiej. Rano miałam praktyki, a wieczorem jechałam na 3 godzinki do pracy, żeby zamienić koleżankę. Czułam wieczorem takie drapanie w gardle, jak przy anginie. W sobotę było dużo gorzej i choć miałam iść do pracy, to udało się znaleźć zastępstwo i praktycznie cały dzień przeleżałam w łóżku z gorączką. W niedzielę doszedł do tego straszny katar, ale musiałam iść na praktyki. W poniedziałek znów praktyki i do objawów dołączył suchy kaszel. We wtorek znów praktyki i zaczęłam bardzo chrypieć. W środę ostatni raz byłam na praktykach (i na szczęście nie cały dzień, ale tylko 4 godziny), ale mój stan, zamiast się polepszać, jeszcze się pogorszył i zaczęłam tracić głos. Zaraz po zakończeniu praktyk podjechałam jeszcze na wydział z papierami, a potem prosto do domu i stwierdziłam, że chyba jednak domowymi sposobami się nie wyleczę, więc zadzwoniłam do lekarza i okazało się, że ktoś im "wypadł" z kalendarza, więc udało mi się jeszcze w ten dzień dostać na wizytę. I tak jak się spodziewałam - angina (jak to pani doktor stwierdziła "No, widzę, że paciorkowce się bardzo ładnie u pani zadomowiły" 🙃). Dostałam antybiotyk, tabletki na gardło, tabletki na zatoki i probiotyk. Ale mimo to głosu nie miałam przez prawie 4 dni. Wczoraj już zaczął wracać, dziś jest dużo lepiej, bo mogę mówić, ale słychać, że to jeszcze nie jest w pełni zdrowy głos.

Miałam w planach w tym tygodniu być na pasiece, na drugiej części praktyk, a w przyszłym tygodniu już iść do pracy, żeby w wakacje wyrobić sobie dużo godzin i odłożyć trochę kasy. Przez chorobę musiałam niestety zmienić plany i na pasiekę pojadę pod koniec tego tygodnia, albo na początku następnego, a do pracy pójdę na 2 ostatnie tygodnie lipca. No cóż, mówi się trudno. 

W piątek dostałam jeszcze okres, więc przy osłabieniu chorobowym i zachciankach okresowych poddałam się totalnie z dietą. Znów wjechały pizze, Maki, smażony ser z frytkami, chipsy, słodycze i ogrom słodzonych napoi. I tym sposobem witam nową najwyższą wagę - 105,6 kg... 

Dostałam też dobrą informację - wracamy od września z musicalem na deski! Bardzo się już za tym stęskniłam, ale tu się pojawia drobny problem... Mam 2 miesiące, żeby schudnąć najwięcej jak się da. I tu już nawet nie chodzi o to, że ekipa sceniczna mnie zobaczy po jakimś czasie i olaboga znów przytyłam, ale jeśli nie schudnę, to po prostu nie wejdę w kostiumy... Także muszę skończyć z wymówkami. Spróbuję sobie wcześniej przygotowywać plan posiłków na tydzień i się go trzymać. Poza tym, jak wyzdrowieję, to chyba czas wrócić do śpiewu i ćwiczeń wokalnych, żeby nie było siary na występie, bo mam tam dość sporo solówek ;) (dla tych, co nie wiedzą - gram główną rolę, więc jestem na scenie bez przerwy, sporo tam tańczę i śpiewam solo). Swoją drogą na YT dostępny jest zwiastun tego musicalu, więc jeśli chciałybyście zobaczyć zajawkę to mogę tu ją wstawić przy następnym poście :)

Jak też wspomniałam, w wakacje muszę napisać całą, albo chociaż większą część, inżynierki. I zarabiać pieniądze. I schudnąć. I zrobić dokładne porządki w mieszkaniu. I skończyć kurs copywritingu. I rozwijać swój biznes w Oriflame. No generalnie, jakie wakacje? xD Zapowiada się dość pracowicie. Dziś jeszcze na spokojnie, bo mój organizm jest osłabiony przez chorobę. Porobię sobie listy, uzupełnię kalendarz, coś już posprzątam, a wieczorem pójdę na długi spacer (w ramach treningu). Zobaczę, ile mi zejdzie na wszystkim. A jak tylko będzie chwila to spróbuję opracować ankietę do inżynierki. 

No i koniecznie muszę zrobić plan finansowy, bo w czerwcu wysrałam się kompletnie z kasy... Coś mi mówi, że nie uda mi się wypełnić postanowienia noworocznego, żeby do końca roku zaoszczędzić 15 tysięcy, ale jeśli zacisnę pasa, to myślę, że 10 jestem w stanie odłożyć. Kwestia tego, że dużo wydaję na pierdoły i niepotrzebne obżeranie się. 

Jakiś długi mi wyszedł ten post, ale tak to jest, jak się pisze raz na miesiąc xD Lecę ogarniać swoje życie :)

Tenshi Kaosu

 

czwartek, 9 czerwca 2022

Maniaczysz?

 


 

Hej.

"Maniaczysz?" Tak zawsze mówi do mnie współlokator, gdy widzi, że mam dobry dzień, kiedy jestem na najwyższych obrotach i robię multum rzeczy.  Można powiedzieć, że chyba ostatnio dużo maniaczę.

Po ostatnim wpisie miałam przez jakiś czas depresyjne stany. Przestałam brać leki, malować się, dbać o siebie czy mieszkanie, żarłam Maki i pizzę, piłam sporo alko. Poza tym wpadłam w nowe uzależnienie... sudoku. Może to brzmi głupio, ale całe moje dni wyglądały tak, że szłam na zajęcia, wracałam z nich po drodze kupują mnóstwo gównianego żarcia i alko w Żabce, siadałam i nakurwiałam sudoku jak szalona do 2 czy 3 w nocy. Kilka razy nawet pominęłam podstawową higienę jak prysznic czy mycie zębów. Nie miałam ochoty nawet iść na uczelnię, ale wiedziałam, że muszę, żeby zdać semestr. Brzmi to mega żałośnie...

Na szczęście któregoś dnia, w połowie rozwiązywania sudoku, zamknęłam książkę, zaniosłam ją do współlokatora i powiedziałam, żeby ją wypierdolił. I jeszcze tego samego dnia siadłam do zadań na uczelnię, sprzątnęłam trochę w pokoju i wzięłam porządny prysznic. Nie wiem jak ani dlaczego. Po prostu mój umysł powiedział: "Dość! Ogarnij się!". I się ogarnęłam :)

Teraz znów robię codzienne listy zadań, na bieżąco robię projekty i prezentacje, załatwiłam sobie praktyki (udało mi się dostać do zoo i na pasiekę znajomych mamy - w zoo byłam już we wtorek i idę znów w niedzielę, a na pasiekę pojadę w lipcu), biorę leki i suplementy, robię codzienną pielęgnację (taką pełną - poza prysznicem i myciem zębów wchodzi wieloetapowa pielęgnacja twarzy, dłoni i stóp). Trochę lepiej sypiam i jak uda mi się odpowiednio wcześnie wstać to nawet się maluję. Poza tym więcej chodzę i troszkę lepiej się odżywiam, choć jeszcze daleka droga przede mną, żeby było idealnie.

Na studiach mam już większość rzeczy ogarniętą. Zostały mi 2 projekty do oddania i 2 egzaminy. 21 czerwca mamy jeszcze obowiązkowy wyjazd terenowy do stacji badawczo - dydaktycznej w innym mieście, gdzie utrzymywane jest bydło (głównie mięsne, ale mleczne również). No i do końca czerwca muszę wyrobić 60 h praktyki w zoo. Spoko, dam radę. Jedyne czego totalnie nie ogarnęłam w tym semestrze to praca inżynierska. Na szczęście z tym mam jeszcze czas i plan jest taki, żeby w wakacje ogarnąć inżynierkę, pracę w gastro, a w jakichś wolnych chwilach zaległy kurs copywritingu. 

Poza tym zarekrutowałam się na ten kierunek, o którym wspominałam na UWr. I przy okazji na jeszcze jeden (tak z przypadku xD). Wyszło to w sumie tak, że przeglądałam jeszcze inne kierunki, które tam mają i znalazłam coś takiego jak "komunikacja wizerunkowa" i okazało się, że biorą pod uwagę maturę z polskiego, angielskiego i jeszcze jednego z wymienionych przedmiotów - a wśród nich rozszerzona chemia xD No to stwierdziłam, że jakbym się jednak nie dostała na kulturę i praktykę tekstu, to ta komunikacja może być "fajną nagrodą pocieszenia". No cóż, zobaczymy, co z tego będzie. Listy przyjętych pojawią się 14 lipca, więc muszę czekać. Nie wiem, jak wytrzymam do tego czasu...

Wagowo szału nie ma. Powiedzmy, że póki co dalej się trzymam w granicach 103 kg... Dramat, nigdy nie sądziłam, że będę tyle ważyć. Myślicie, że kiedykolwiek uda mi się wrócić do licealnych 54 kg?

Lecę spać, bo jutro zapowiada się kolejny pracowity dzień. Ponadrabiałam trochę Wasze blogi, ale może jutro wieczorem będę miała chwilę, żeby znów zerknąć ;)

Tenshi Kaosu

czwartek, 26 maja 2022

JeżuChrystu mam dość...

 


Hej.

Żyję. Ale oczywiście z moich postanowień znów gówno wyszło. Dieta leży, częstszych notek brak, treningów też nie ma... Czyli typowa Tenshi 🙃

Na studiach się sporo dzieje. Nie mam wciąż ogarniętych praktyk i jak na złość wszystkie stajnie, do których dzwoniłam nie raczą odbierać telefonów. Pisałam też maila do zoo, ale nie odpisują. Jutro będę jeszcze pisać do stacji dydaktycznej z mojej uczelni, żeby załatwić tam praktyki przy owcach. Poza tym prakty dzielą się na 2 bloki tematyczne, więc będę jeszcze dzwonić do znajomych mamy, którzy mają pasiekę, czy nie mogę u nich realizować drugiego bloku. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. 

Podjęłam też decyzję - chcę w czerwcu się rekrutować na Uniwersytet Wrocławski na kierunek "Kultura i Praktyka Tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo". Jeśli czytałyście moje posty z lipca/sierpnia to próbowałam się tam dostać w zeszłym roku, ale niestety trochę po czasie rekrutacji i większość miejsc była zajęta i brakowało mi punktów, żeby się załapać. Boję się, że w tym roku mimo, że pilnuję harmonogramu to jednak wciąż będę mieć za mało punktów, bo nie mam matury z rozszerzonego polskiego. Wystarczy, że kilka osób będzie ją miało i będą wyżej na liście ode mnie, a miejsc na ten kierunek jest jedynie 65. Ale bardzo chciałabym się tam dostać, żeby w końcu studiować coś, co jest bliższe moim zainteresowaniom niż obecny kierunek. Jeśli udałoby mi się dostać, to pierwszy semestr będzie masakryczny, bo wciąż zostanie mi jednocześnie ostatni semestr zootechniki. Będę musiała ogarnąć 2 kierunki, inżynierkę i egzamin inżynierski. Ale jeden semestr to w sumie nie tak dużo, a nie chcę czekać kolejnego roku na następny kierunek. Najwyżej zrezygnuję z pracy, bo wiem, że rodzice będą mnie wspierać finansowo dopóki studiuję. A w ostateczności można wziąć kredyt studencki. Albo pocisnąć z pracą w wakacje, jak już zrobię praktyki. Może wtedy po prostu wezmę ekstra godziny w gastro i odłożę trochę pieniędzy na nowy rok akademicki. Tak czy siak, tutaj trzymajcie kciuki jeszcze mocniej!

Z nowości to jeszcze się chciałam pochwalić, że spełniłam jedno ze swoich mniejszych marzeń - zrobiłam pierwszy tatuaż. Ten wzór mi się marzył od 6 lat i w końcu go mam! Jest na lewej kostce z wewnętrznej strony. Miałam z tym zaczekać, aż osiągnę cel wagowy, ale trafiła się okazja - dziewczyna chciała powiększyć swoje portfolio i oferowała tatuowanie za cenę samych materiałów. A że 150 zł to nie wygórowana cena, to się zdecydowałam i we wtorek pojechałam do niej do Oławy. Co prawda drugi raz bym się do niej nie wybrała, bo jakość tatuażu nie powala, ale liczę, że jak się wygoi to będzie trochę lepiej wyglądać. W ostateczności pójdę do jakiegoś legitnego tatuatora na korektę. Ale generalnie uważajcie na takich samozwańczych tatuatorów (laska robiła mi tatuaż maszynką do makijażu permanentnego i nawet nie owinęła mi go folią przed wyjściem...). 

 

 

To tyle póki co. Lecę się umyć i spać, bo jest już po północy, a jutro rano mam zajęcia i zaraz potem lecę do pracy. 

Trzymajcie się ♥

Tenshi Kaosu

czwartek, 5 maja 2022

Dwa posty z rzędu, Tenshi oszalała!

 


Hej!

Coooo? Kolejny post? Ale że tak od razu? Wiem, niepodobne to do mnie xD

Spędziłam wczorajszy wieczór na nadrabianiu Waszych blogów i poczułam się mega zmotywowana. Nie tylko do odchudzania (choć to oczywiście również), ale też do nauki, sprzątania, regularnego ogarniania życia. Widzę, jak dobrze ogarniacie studia, prace, mieszkania itd. i do tego często piszecie. Aż mi się przypomniały czasy liceum, gdzie pisałam prawie codziennie i też mi to bardzo pomagało uporządkować sobie w głowie i w życiu. Także chyba czas spróbować wrócić do tego trybu. Nie mówię, że będę pisać tu codziennie, bo pewnie często się to nie uda, ale jednak częstsze pisanie = większy ogar, więc postaram się robić to jak najczęściej.

Przy okazji czasów licealnych, pojawiła się u mnie taka myśl dzisiaj. Już kilka razy wspominałam tutaj o tym, jak to wtedy bez problemu ogarniałam szkołę, masę zajęć pozalekcyjnych, dietę i treningi. Ale przecież (dopiero dziś do mnie to dotarło), że nie ma co się tak z tym porównywać. Przecież miałam też wtedy łatwiej pod wieloma względami. Większość posiłków przygotowywała mi babcia, z którą mieszkaliśmy. Do szkoły i na zajęcia zazwyczaj zawoziła mnie mama, więc nie musiałam czekać na transport publiczny. Materiał w szkole był dużo łatwiejszy, więc nie musiałam tyle czasu też poświęcać na notatki, prezentacje, zadania i naukę. No i najważniejsze - nie pracowałam wtedy! A przecież teraz i gastro, i korki i Oriflame zajmują mnóstwo czasu. A co do treningów to nie dość, że wtedy ćwiczyłam od dziecka regularnie, to jeszcze byłam dużo szczuplejsza. Ba! Od czasu 2 klasy liceum do teraz przytyłam 2 razy tyle. Nie ma się też co dziwić, że nie mam takiej sprawności i kondycji. A do tego, wtedy byłam zdrowa (albo przynajmniej dużo zdrowsza niż teraz). Nie miałam insulinooporności, takich zaburzeń hormonalnych ani psychicznych. Dlatego chcę być dla siebie bardziej wyrozumiała. Czy jest teraz źle ze mną? No jest. Ale przecież nie musi tak pozostać. Schudnę, ustabilizuję IO i hormony, uspokoję psychikę, a dzięki regularnym treningom znów będę sprawniejsza, silniejsza i poprawię kondycję. Wierzę, że jeszcze będę tak wysportowana jak w liceum. I że kiedyś wrócę do tamtej wagi. Po prostu muszę dać sobie na to czas i nie załamywać rąk nad tym, co jest, a zakasać rękawy i zapierdalać! :D

Trochę mi zajęło dojście do takich wniosków, ale lepiej późno niż wcale xD

To czas chyba wrócić do "standardowego szablonu" blogowego. Co u mnie i jak bilans? 

Zaspało mi się dzisiaj trochę, przez co nie zdążyłam zjeść śniadania, bo biegłam praktycznie na pierwszy wykład (wiedziałam, że będzie lista obecności). Teoretycznie miałam mieć zajęcia od 8:10 do 17, ale po tym pierwszym wykładzie zerwałyśmy się z J. z reszty. Pojechałyśmy do galerii, gdzie zjadłyśmy "obiad na śniadanie" w restauracji na wagę, a potem połaziłyśmy jeszcze chwilę i kupiłyśmy sobie Bubble Tea (kocham ♥). Wróciłam do mieszkania, przygotowałam korki, złożyłam zamówienie z Oriflame (od wczoraj jest nowy katalog i jest w nim tyle zajebistych nowości, że musiałam je dla siebie zamówić). Koło 15 zgłodniałam i nawet przez chwilę chciałam zamówić pizzę, ale się powstrzymałam i poszłam do Żabki po taki gotowiec do odgrzania i energetyki, a przy okazji podskoczyłam do kiosku odebrać paczkę. Po obiedzie trochę posprzątałam, o 18 miałam korki przez 2 godziny, a zaraz po nich zabrałam się za trening. Potem prysznic, pielęgnacja (mega się wkręciłam w to: peeling solny do ciała przy kąpieli, potem żel do twarzy, tonik, maseczka, na włosy spray przeciw wypadaniu, a idąc spać nakremuję sobie jeszcze stopy i dłonie), pakowanie zamówień dla klientek, uzupełnienie tabelki z finansami, kolacja i blog. Tak to jakoś zleciało. Czy produktywnie? Wydaje mi się, że tak.

Bilans:

ś: 2 kotleciki warzywne (230), porcja frytek (nawet nie dojadłam wszystkich) (300), ketchup (30), mizeria (50), sałatka (35)
IIś: Bubble Tea (400)
o: Strogonow z Plant Huntera (464), Tiger arbuzowy (85), herbata miętowa
k: mleko (77), banan (116), borówki (58), miarka koktajlu waniliowego z Ori (71), łyżeczka tahini (40), herbata na zimno

Razem: 1956 kcal

Trening: Beat Saber - 45 minut, taneczny workout na yt - 15 minut; łącznie 612 kcal spalonych

Oczywiście nie jestem pewna, czy dokładnie tyle wyszło w bilansie, bo to co było na śniadanie w galerii jedzone mocno szacuję, a nawet przygotowując koktajl nie odważałam dokładnie niczego. Ale nawet jakby wyszło trochę więcej to jestem z siebie dumna. Przez moje epizody obżarstwa mam tak rozciągnięty żołądek, że i tak jestem co chwilę głodna, ale próbuję to zwalczyć wodą, czy herbatą. Wiem, że za jakiś czas się obkurczy i nie będzie mi wiecznie burczał. Poza tym nieźle się poruszałam, więc nie żałuję nawet tej Bubble Tea :D

Plan na najbliższy czas to wyzbyć się napadów i wprowadzać coraz zdrowsze nawyki żywieniowe. Jak to się uda, to odstawię energetyki. Następnym krokiem jest powrót do diety od dietetyczki dla insulinoopornych i większe zaangażowanie w kuchni (póki co nienawidzę gotować) oraz ważenie i liczenie kalorii. A następnym krokiem będzie zejście trochę z kalorii (na początek bez dużych szaleństw, np. z 1800 do 1600/1500). Dziś w paczce przyszły mi też fit batony, które zamierzam jeść raz na jakiś czas, jak będę miała parcie na słodkie. Przyszedł mi też Super Shake (meal replacement) i myślę, że niedługo spróbuję stosować go zamiast jednego posiłku. Jest odpowiednio zbilansowany tak, żeby dostarczyć wszystkich niezbędnych składników odżywczych, ale przy tym nie ma dużej kaloryki - po przygotowaniu jakoś między 200 - 300 kcal. Na początek może spróbuję go zamiast kolacji, bo w razie gdybym była po nim głodna to po prostu pójdę spać. Sądzę, że nada się też świetnie do pracy zamiast lunchboxu. Zobaczymy :)

Jak któraś z Was jeszcze nie czytała mojego poprzedniego posta, to proszę, zerknijcie chociaż na końcówkę, bo wciąż potrzebuję rad w tym temacie ;)

To tyle, rozpisałam się trochę xD Lecę spać, bo jutro zapowiada się kolejny produktywny dzień. Dobrej nocki ;*

Tenshi Kaosu


środa, 4 maja 2022

Czy jeden dzień to już sukces?

 


 

Hej.

Znów mnie trochę nie było. Tryb dalej taki sam. Studia, gastro, Oriflame, raz dieta, raz wpierdalanie, czasem trening, generalnie średni ogar ze wszystkim.  

Ale staram się oszukać swój umysł i być pozytywna wbrew negatywnym myślom w mojej głowie. 

Na studiach jakoś powoli się odgrzebuję z tego gówna. Jeszcze tylko ogarnąć praktyki na wakacje, nadrobić jakieś 4 zadania, porobić notatki z jednego przedmiotu i zostanie mi tylko chwycenie się za inżynierkę. Pracę w gastro ostatnio mocno ograniczyłam. Dalej co jakiś czas tam chodzę, ale postanowiłam sobie, że nie będzie ona już tak wysoko na mojej liście priorytetów. Zamiast tego ostro pracuję w Oriflame. Wiem, że może niektórym z Was może wydawać się to głupie, ale mi naprawdę sprawia przyjemność ta praca. I powoli zaczynam widzieć też jej efekty - 11 kwietnia udało mi się wypracować pierwszy awans. Z tej okazji, po świętach wielkanocnych, przyjechała do mnie do Wrocławia moja pani dyrektor i wręczyła mi oficjalne (pięknie oprawione) gratulacje i prezent. Poza tym zrobiła mi badanie cery aparatem API, byłyśmy na mieście na obiedzie, a wieczorem na Konferencji Regionalnej. Powiedziałam jej też, że do końca roku chciałabym wypracować drugi awans - tzw. 8%, na co ona: "No co ty?! Stać cię przynajmniej na trzeci awans - 12%. I tak wysoko masz mierzyć!". Jest to budujące, że tak we mnie wierzy. Dlatego też od dziś, przez 3 tygodnie aktualnego katalogu, zamierzam ostro pracować, żeby zbliżać się powoli do kolejnych awansów. Trzymajcie za to kciuki!

 Z dietą ostatnio było mi mocno nie po drodze. Ale jak wczoraj zobaczyłam na wadze 103,5 kg to myślałam, że się rozpłaczę. Chyba to też jakoś mnie zmotywowało, bo dziś jedzeniowo dzień wyglądał bardzo dobrze. Poza tym pograłam też trochę w Beat Sabera,więc na bank sporo kalorii spalonych (po grze pot dosłownie się ze mnie lał). Może w końcu uda mi się ogarnąć dupsko w tym temacie. Wzięłam sobie do serca Wasze słowa i na razie nie kupuję Sudafedu. Już i tak mam rozjebane zdrowie, więc póki co spróbuję jakoś siłą woli przestawić się na zdrowszy tryb. 

Co do pianina, bo też o tym pisałyście, staram się na razie za bardzo nie samobiczować, bo robię ogrom innych rzeczy, więc to normalne, że nie mam czasu na grę. Obiecuję sobie, że przyjdzie jeszcze taki czas, gdzie będę regularnie grać. Tak samo jak przyjdzie czas na czytanie książek, robienie koszulek i streamów. "Można mieć wszystko, ale nie wszystko na raz".

Nie chcę przedłużać tego posta, ale jest jeszcze jedna rzecz, z której muszę się wygadać. Mianowicie, ostatnio ostro rozmyślam nad tym, co po studiach. Z jednej strony chcę wypierdalać z tego kraju (dobrze wiemy, że nie dzieje się tu dobrze, a za chwilę może być jeszcze gorzej). Od dłuższego czasu powtarzam, że zaraz po studiach pakuję się, biorę kota i wio za granicę. Jednak ostatnio sporo chodzi mi po głowie, żeby zapisać się na inne studia. Uniwersytet Wrocławski ma ciekawy kierunek, na który chciałam dostać się w zeszłym roku, ale się nie udało, więc może spróbować w tym? Co prawda 2 kierunki by mi się pokryły, ale to tylko przez jeden semestr, więc może jakoś dałabym radę. Coraz częściej też myślę, czy w czerwcu znów nie spróbować rekrutować się do Akademii Teatralnej. Jeśli by się udało, to spełniłabym w końcu swoje marzenie. Ale boję się, że jeśli nie wyjdzie, to może mnie to załamać. A z drugiej strony mogłabym przecież w przyszłym roku spróbować dostać się na studia za granicą. Połączyłabym pomysł z wyprowadzką i kolejny kierunek studiów (tym razem taki, na który naprawdę chciałabym iść, a nie byle co, byle by studia skończyć). Sama nie wiem, co robić. A co gorsze, nie wiem nawet z kim mogłabym to przegadać. Błagam o rady! Wiem, że nie podejmiecie decyzji za mnie, ale może pomożecie mi na to spojrzeć z innej perspektywy.

To tyle, póki co. Nie będę obiecywać, kiedy się znów odezwę, bo zobaczymy, jak poradzę sobie z obowiązkami. Także po prostu, do następnego!

Tenshi Kaosu

sobota, 9 kwietnia 2022

Jestem po prostu kurwa zmęczona

 


 

Hej.

Nie było mnie tu równy miesiąc. Czy coś w tym czasie się zmieniło? Niewiele...

 

Jestem zmęczona. Wszystkim. Studiami, jedną pracą, drugą pracą, korkami, pretensjami rodziców, tyciem, byciem żałosną singielką. Życiem.

Próbuję jakoś to wszystko ogarnąć, ale średnio wychodzi. Ze studiami jestem trochę w tyle. Jak dużo pracuję w gastro, to nie mam czasu na nic innego, a jak biorę mało zmian, to potem brakuje mi kasy. W Oriflame mam wrażenie, że wszystkim wychodzi tylko nie mi. Dziewczyny co chwilę mają awanse, zdobywają tytuły, tylko ja jak taki loser nic nie osiągam póki co... (niby zapisuję dziewczyny w swojej grupie i mam kilka klientek, ale wciąż mi trochę brakuje do pierwszego awansu). Korków nie mam nawet kiedy przygotowywać i robię to na szybko tuż przed. Rodzice za każdym razem jak dzwonią, albo jak ja do nich dzwonię to mówią to samo - jak mogę dzwonić tak rzadko, że przecież oni mnie prosili o częstszy kontakt, że jestem niewdzięczna, bo inne córki to nawet codziennie dzwonią do rodziców. Nie mam czasu i chęci na gotowanie, więc kończy się często ostatnio jedzeniem na mieście (raz zdrowiej, raz nie), przez co tyję i wydaję w chuj kasy. 

Z pozytywów to kupiłam sobie ostatnio wymarzonego VR'a. Teraz często pykam w Beat Sabera (zajebista gierka, polecam mocno), co przynajmniej traktuję jak trening, bo można się przy tym ładnie spocić i spalić dużo kalorii - dziś grałam godzinę i 20 minut, a spaliłam w sumie 780 kcal!

Gdybym tylko ogarnęła się z jedzeniem to może w końcu bym schudła, bo aktualnie moja waga trzyma się cały czas na 100 kg... Porażka!

Podsumowując, dalej gruba, dalej niezadowolona z siebie, dalej bez kasy. I dalej stoję w miejscu z kursem copywritingu. I dalej nie gram na pianinie (autentycznie tylko ścieram z niego kurz i jak na nie patrzę to płakać mi się chce). 

Zastanawiam się nad kupnem Sudafedu. Nie jestem w stanie ograniczyć jedzenia bez jakiegoś "wsparcia".  


Mam nadzieję, że macie się lepiej ode mnie. Zerknę do Was jutro rano albo wieczorem po pracy. A teraz idę spać, bo jednak ktoś musi jutro te gastro otworzyć...

Tenshi Kaosu


czwartek, 10 marca 2022

Party at my ex's flat...

 


 Hej.

Wyobraź sobie, że idziesz na imprezę do znajomych. I na miejscu okazuje się, że poza Tobą - jedyną singielką - są tam tylko 2 pary. W tym jedna to Twój były z... nikim innym jak Twoją koleżanką. Poza tym impreza odbywa się w ich mieszkaniu, które wcześniej należało do jego rodziców. A w trakcie "oprowadzanki" dowiadujesz się, że śpią razem w łóżku, w którym Ty straciłaś z nim dziewictwo. 

Mniej więcej tak wyglądał mój sobotni wieczór 🙃 Do tego najebałam się tak, że zarzygałam mojej matce pół samochodu... A w niedzielę do wieczora umierałam na kaca. Jedyny plus jest taki, że jestem wyleczona z alkoholu całkowicie na jakiś czas.

Czuję się strasznie zmęczona. Fizycznie i psychicznie. Ciągle latam na trasie studia - praca. Przynajmniej wypłata będzie jakaś legitna, ale przez to nie mam czasu na przerabianie kursu i od 3 tygodni stoję z materiałem. Chcę go jak najszybciej skończyć, żeby zacząć zarabiać na copywritingu i móc rzucić w końcu pracę w tym gastro (ostatnio doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego), a jednocześnie przez aktualną pracę nie mam jak robić postępów. Takie błędne koło. Poza tym muszę zacząć pracę nad inżynierką. I jeszcze praktyki... Chciałam je robić w trakcie semestru, żeby na wakacje wyjechać do pracy za granicę, ale wygląda na to, że nie mam jak teraz chodzić do zoo, bo musiałabym nie pracować w weekendy, a wtedy oczywiście wypłaty będą tak liche, że nie będzie mnie stać na jedzenie dla kota...

Na początku roku postanowiłam sobie, że do końca 2022 odłożę 15 000 zł. Porobiłam sobie tabelki finansowe, gdzie zapisuję przychody i rozchody. Bilans z lutego wygląda tak, że "odłożyłam" -170 zł... Czyli zamiast oszczędzać muszę jeszcze dokładać... Staram się jak mogę - biorę więcej zmian w gastro, wystawiłam książki na sprzedaż, ogłosiłam się z korepetycjami, cisnę z budowaniem biznesu w Oriflame, a to wszystko i tak na marne. W gastro się zajeżdżam tylko za marne grosze, książek nikt nie chce kupić, na ogłoszenie o korkach nikt nie odpowiedział, z zamówień z Oriflame w zeszłym miesiącu zarobiłam co najwyżej na jeden posiłek w restauracji... 

Przepraszam, zaczęłam jakoś bardzo depresyjnie. Spróbuję dodać trochę optymizmu:

Na studiach przecież nie muszę mieć super ocen, wystarczy tylko zdać. Do inżynierki mam jeszcze czas, na pewno uda mi się znaleźć dobre materiały i jakoś to skleić w całość (poza tym mam najlepszą promotorkę ever ♥). W pracy będę brać trochę mniej zmian, żeby mieć czas na inne rzeczy, ale i tak zawsze jakiś grosz uda mi się zarobić. Kurs copywritingu uda mi się skończyć jeszcze przed wakacjami, jeśli tylko będę lepiej gospodarować czasem. Praktyki zacznę odbębniać już w czerwcu, bo przecież on jest dużo luźniejszy (poza egzaminami). Co do książek to spróbuję obniżyć cenę i może wtedy ktoś się skusi. A na korki może się jeszcze zgłoszą chętni jak poczują oddech egzaminu ósmoklasisty czy matury na plecach. Biznes w Oriflame mogę powoli budować łącząc go z aktualnymi zajęciami (co już robię np. nosząc katalogi do gastro). Uda mi się oszczędzać bardziej, jeśli wyeliminuję niepotrzebne śmieciowe jedzenie i zamawianie dostaw, co przy okazji wyjdzie mi na zdrowie i może w końcu uda mi się schudnąć. Spróbuję też ograniczyć palenie fajek, bo to daje i po kieszeni, i po płucach (przez co też ciężko mi się oddycha przy spacerach, schodach i treningach). 

Jedno, co mnie najbardziej martwi to, że chcąc oszczędzać, nie wracam na terapię, do dietetyczki i innych lekarzy. Wiem, że na dietetyczkę rodzice by mi dali pieniądze, ale nie jestem pewna, czy wspomogliby terapię. Mimo, że o niej wiedzą, jakoś głupio mi ich o to prosić. A to jednak jest duży wydatek (średnio 600 zł na miesiąc). Może jak uda mi się łapać więcej dodatkowych zleceń i zacznę wychodzić na plus finansowo, to wrócę. Z drugiej strony wiem, że to mi bardzo pomagało i jak jestem w lepszym stanie psychicznym (a sama nie jestem w stanie się tak ogarnąć) to zrobię więcej rzeczy i zrobię je też lepiej, efektywniej. 

God, muszę kończyć, bo chyba znów mi się odpali słowotok. \

Mam nadzieję, że u Was duuuużo lepiej niż u mnie. Zerknę szybko do Was i lecę spać.

Tenshi Kaosu

 

piątek, 25 lutego 2022

I hit the rock bottom so I could climb again


 

 Hej!

Chcę się chyba trochę pochwalić, bo póki co idzie mi całkiem nieźle. 

Od poniedziałku nie miałam żadnego napadu i odżywiam się nawet w miarę. Do pracy biorę sobie kanapki, owoce, skyry i ewentualnie jakieś zdrowsze batony (bardzo mi smakują te Be Raw od Chodakowskiej). Muszę jeszcze kiedyś poszukać w necie jakiś pomysłów na proste lunch boxy i będzie zajebiście. Wczoraj był tłusty czwartek, a że menadżer odebrał mi zmianę (ale ok, sytuacja wyjaśniona), to trochę odpoczywałam. Zaniosłam kilka katalogów z Oriflame do zaprzyjaźnionego salonu fryzjerskiego, zjadłam śniadanie i trochę się poleniłam oglądając Top Model (upadłam tak nisko, że wykupiłam playera, żeby to zobaczyć xD). Potem dużo czasu mi zeszło na przeszukiwaniu internetu w poszukiwaniu inspiracji na temat pracy inżynierskiej, ale przynajmniej udało mi się wymyślić 2 tematy, a teraz czekam na odpowiedź od promotorki, czy to się w ogóle nadaje. Potem zadzwoniła do mnie kumpela, bo pilnie chciała pogadać i jak skończyłyśmy rozmawiać to była już 17 i tak cholernie nie chciało mi się gotować obiadu, że uległam i z okazji tłustego czwartku zamówiłam pizzę. Ale nie zjadłam całej - pół na obiad, a potem jeden kawałek na kolację, bo musiałam wziąć leki (gdyby można było je brać na pusty żołądek, to tego 4 kawałka bym już w siebie nie wciskała). 

Za tę wczorajszą pizzę wstałam dziś o 6, żeby poćwiczyć z rana. Aż sama nie dowierzam, że mi się to udało xD Znalazłam na YT fajny filmik z ćwiczeniami na rano (20 minut). Potem prysznic, śniadanie - owsianka z nutellą, masłem migdałowym, kiwi i pomarańczą - a teraz piję herbatkę i postanowiłam napisać tego posta. Zajrzę jeszcze szybko do Was, zrobię sobie jedzonko do pracy i zmykam na tramwaj, bo na 11 muszę być w lokalu. 

Trzymajcie się Pyszczki! Ściskam Was mocno ♥

Tenshi Kaosu